Ogromna rzesza pasjonatów językowych uczy się języka z myślą (lub nadzieją), żeby pewnego dnia zostać tłumaczem. Żeby na co dzień bawić się słowem, przybliżać czytelnikom niedostępne dla nich teksty, poszerzać własne horyzonty i rozwiązywać słowne i kulturowe łamigłówki. W skrócie: robić coś mega interesującego i dostawać za to pieniądze :) Aby przybliżyć Wam sekrety tego zawodu i odszukać odpowiedź na kluczowe pytanie „jak zostać tłumaczem”, porozmawiałam z przesympatyczną, multijęzyczną tłumaczką Ewą.

Włoskielove: Cześć Ewa! Jesteś tłumaczem, ale co to znaczy? Freelancer, a może zatrudniona na stałe w biurze tłumaczeń? Jak to wygląda? Ewa: Jestem freelancerem, mam własną firmę tłumaczeniową Serendi, ale współpracuję przede wszystkim z Biurem Tłumaczeń Diuna i jestem tu zresztą prawie codziennie. Mam własne biurko, szafkę i kot mnie lubi. WL: Wykonujesz też czasem zlecenia dodatkowe dla innych firm lub klientów prywatnych? Szukasz takowych, czy pracując dla Diuny nie masz już takiej potrzeby? E: Hm, potrzeby może i nie mam, bo dość często biorę i z Diuny coś dodatkowego do domu. Ale ponieważ przez kilkanaście lat pracowałam jako lektorka angielskiego i francuskiego, głównie w firmach, to poznałam dużo obecnych klientów – a przecież nie odmówię, jak ktoś ładnie prosi. WL: Czyli ogólnie dla tłumacza zahaczenie się w biurze jest fajnym rozwiązaniem? E: Oczywiście to zależy od biura. Do Diuny trafiłam przez praktyki, kiedy sztab dowodzenia znajdował się jeszcze na Raszyńskiej. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Diuna jest w ścisłej czołówce Warszawy, oczywiście w pewnej mierze również dzięki mnie ;) WL: O, to na pewno :) E: A propos, chciałabym skorzystać z tej okazji i zaprosić wszystkich chętnych do nas na praktyki, włosko-i innojęzycznych, niezależnie od wykształcenia. Zapewniamy nabycie ogłady ogólnotłumaczeniowej, wiele cennych wskazówek (życiowych!) i dobrą kawę. WL: Do praktyk jeszcze wrócimy, chciałabym wiedzieć, czy są płatne i czy można je odbyć zdalnie, ale powiedz jeszcze wcześniej, jakimi tłumaczeniami zajmujesz się na co dzień? Pisemne, ustne, z jakich branż i z jakich języków? E: 90% moich codziennych tłumaczeń to tłumaczenia pisemne i z angielskiego lub na angielski. Branże są bardzo różnie, zwykle (niestety) marketing, finanse, umowy, ale kiedyś przetłumaczyłam całą książkę o orlikach! Z ustnych – ponieważ nie jestem tłumaczem przysięgłym – czasem wysyłają mnie na jakąś przyjemną galę, np. ostatnio na otwarcie sprzedaży mieszkań na Złotej 44. WL: I tu pojawia się pytanie od czytelniczki: czy tłumaczenia ustne to totalny hardcore? E: Zależy jakie oczywiście. Prawdziwym hardcorem są kabinówki, czyli tłumaczenia symultaniczne. Poza tym, raczej nie. Zawsze w razie ewentualnych problemów można poprosić o powtórzenie itp. Rada dla tłumaczy konferencyjnych i podobnych.: zawsze uprzedzić prelegenta/ów, żeby nie mówili przez kwadrans bez przerwy i dali szansę tłumaczowi. WL: Zdarzyły Ci się jakieś wpadki podczas takich tłumaczeń ustnych? E: Hmmm, na pewno! Ale zapewne większość wyparłam z pamięci. Nieraz okazywało się, że jako tłumacz byłam niejako „formalnością”, bo słuchacze zrozumieli większość wypowiedzi i już nie chcieli wersji po polsku. WL: Mówisz, że większość Twoich zleceń jest z angielskiego lub na angielski, czy to znaczy, że na tłumaczenia włoskie jest małe zapotrzebowanie? E: Jeśli mamy coś włoskiego u nas, zwykle trafia do mnie, chyba że jest to jakiś hardcore techniczny. A trafia powiedzmy raz na dwa tygodnie, czyli niezbyt często. A co trafia, to zaraz Ci powiem, otwieram właśnie folder zatytułowany 'ITA’. Pominę same nazwy firm, żeby zachować poufność klientów, ale pokrótce przedstawia się to tak: sporo prezentacji na targi we Włoszech, np. w Mediolanie, w tym np. producenta sprzętu okiennego, poświadczenia medyczne, opisy (reklamowe) produktów spożywczych, zwłaszcza słodkości, opisy past do zębów, umowy bankowe. WL: Czyli gdybyś miała powiedzieć z jakich dziedzin teksty są najczęstsze, to byłyby to teksty reklamowe dla firm/producentów i umowy? E: Tak, lwią część stanowią materiały promocyjne, jest też trochę dokumentów prawno-cywilnych: akty urodzenia, małżeńskie itp., świadczące oczywiście o zacieśnionych stosunkach polsko-włoskich. WL: A jak wygląda tłumaczenie takich tekstów trudniejszych, gdzie np. jest właśnie wymagany język prawniczy: masz już swoje glosariusze, znasz już pewne terminy na pamięć czy ciągle się uczysz? E: Jeśli chodzi o język wloski, to bardzo dużo korzystam z serwisu dla tłumaczy proz.com, tam jest mnóstwo terminów specjalistycznych, a jeśli akurat go brak, zawsze można zadać pytanie ekspertowi z danej branży, odpowiedź zwykle dostaje się w przeciągu doby. Co do angielskiego, to stety-niestety słownictwo wżarło mi się już głęboko w mózg, a to w dużym stopniu dzięki pani Jopek-Bosiackiej z Instytutu Lingwistyki Stosowanej (fanfary). WL: Opowiedz mi więc jak wyglądała Twoja droga do zostania tłumaczem? E: Hm, samo się! Zawsze miałam wielki podziw dla tłumaczy, (co prawda literatury, a nie ulotek promocyjnych), na przykład dla Barańczaka czy Piotra Cholewy. W pracy codziennej niestety tej literatury jest jak na lekarstwo, chociaż ostatnio Diuna tłumaczyła całą książeczkę aforyzmów, a od święta zdarza się nam tłumaczyć właśnie wierszyki odświętne i okolicznościowe. Już jako ja, a nie jako Diuna, przetłumaczyłam w tym roku książkę francuskojęzyczną – Le Livre de Joseph, zresztą może w tym roku jeszcze się ukaże:) WL: Gratulacje! E: Dziękuję! Przyznam, że było to miłe wytchnienie od „targetów” i „asapów”. WL: Właśnie, padło też pytanie, co zrobić, żeby wydawnictwo wydało przetłumaczoną książkę? Wyobraź sobie, że to Ty wybrałaś sobie książkę, przetłumaczyłaś ją i teraz chciałabyś ją wydać…co doradziłabyś w takim wypadku? E: Hmm… jeśli ktoś ma chętkę na przetłumaczenie książki powinien porozmawiać z wydawcą ZANIM zabierze się do dzieła. Choćby po to, żeby nie dowiedzieć się po miesiącu wytężonej pracy, że ktoś inny właśnie kończy to samo tłumaczenie. Nauczyłam się tego na własnym błędzie. WL: Ojej, to musi boleć… E: Oj tak! Jakiś czas temu wpadła mi w ręce świetna książka Kate Fox, właściwie mimowolnie ją przetłumaczyłam, dla siebie i dla przyjemności, duużą jej część, a potem… zobaczyłam po polsku w księgarni. WL: A jeśli już mamy tę książkę przetłumaczoną (bo na przykład zrobiliśmy to w ramach obrony na uniwersytecie), to jak przekonać wydawnictwo do wydania jej? E: Hm, zazwyczaj (według mojego doświadczenia) jeśli tłumaczymy coś w ramach obrony, to wydaje to uniwesytet, tj, wydawnictwo uniwersyteckie. WL: Akurat u dziewczyny, która zadała to pytanie, taka strategia by chyba nie zadziałała, bo tłumaczenie jest na polski, a uniwersytet włoski. Naprawdę wydawnictwa są tak bezlitosne? E: Jest jeszcze kwestia praw autorskich. Jeżeli robimy coś tylko na użytek własny (akademicki), nie musimy się nią przejmować, ale kiedy chcemy wydać książkę – to tak. Warto więc sprawdzić wcześniej, czy prawa są, czy wygasły itp. WL: My powinniśmy zdobyć te prawa, a nie zainteresowane wydawnictwo? E: Nie nie, oczywiście aspektem prawno-finansowym zajmuje się już wydawnictwo, ale tłumacz powinien wcześniej namyślić się, czy wydawnictwa nie będzie to za dużo kosztowało. Zwykle jednak proces odbywa się na linii wydawnictwo – tłumacz, a nie odwrotnie.Trudno mówić tak bez przykładu, zależy oczywiście od rodzaju tekstu. Wiadomo, że niektóre wydawnictwa specjalizują się w konkretnych gatunkach, do nich też można uderzyć. Spróbować oczywiście zawsze warto. WL: Ale nie jest łatwo, rozumiem. E: Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany, a wydawca nieprzejednany, zawsze może spróbować wydać tłumaczenie własnym sumptem w niewielkim nakładzie. WL: O, to też jest opcja. Wracając do Twojej drogi – jakie szkoły pokończyłaś i ile lat uczyłaś się języków na które tłumaczysz? (czytelnicy są oczywiście ciekawi „ile lat trzeba się uczyć włoskiego żeby być gotowym do tłumaczeń”) E: Hm, wydaje mi się, że jest to bardzo kiepski miernik. Bardziej liczy się zaangażowanie, chęć poznania, to, że ktoś sobie czyta w oryginale z przyjemnością, a nie jako „zadanie domowe”. Znam niestety sporo takich, co „pokończyli”, a efekty są, że tak powiem, niewspółmierne. Ale niech będą konkrety: myślę, że dla mojej kariery językowej duże znaczenie miało już liceum, czyli Sempołowska (Liceum z Oddziałami Dwujęzycznymi w Warszawie, przyp. Włoskielove). Poszłam tam tylko dlatego, że tam właśnie wybierała się moja ówczesna przyjaciółka. Już na wejściu mieliśmy zdawać „test umiejętności ogólnojęzykowych”, wszyscy mówili, że bardzo trudny! Bardzo mi się podobał: okazało się, że „wymyślony” język testu twórcy oparli na tureckim, którego wtedy akurat trochę uczył mnie wujek, też językowiec. I tak trafem-fartem dostałam się do prestiżowej klasy francuskiej. WL: Czyli test był w wymyślonym języku? E: Trochę zmodyfikowany turecki, dziś nie pamiętam już szczegółów, ale był dobrze zrobiony; podziwiam autorów. WL: Nie wiedziałam, że tak wyglądają te testy, bardzo ciekawe! E: Chodziło w nim o to, żeby spostrzec pewne wzorce językowe, jak się tworzy nowe słowa pochodne, odmiany itp. Nie wiem, czy dalej są, mam nadzieję, że tak. WL: Ok i co dalej? E: Przez rok nauczyłam się mówić po francusku od zera, a przez kolejne cztery pisać rozprawki i analizy w stylu sorbońskim. W międzyczasie wyjeżdżaliśmy ze zgraną paczką na festiwale frankofońskie (mieliśmy własną trupę, „La Chandelle Verte!”) i „organizowaliśmy” we współpracy z ambasada francuską i instytutem francuskim spotkania dla śmietanki kulturalnej Warszawy: wspaniałe wina i fondue! A potem poszłam na filologię klasyczną. Filologia klasyczna, czyli zasadniczo: greka i łacina, jedna i druga nieźle wyrabiają „otrzaskanie” z językami, zwłaszcza romańskimi. Był wtedy też lektorat jezyka włoskiego i nowogreckiego, ale najwięcej dały mi wyjazdy. Mniej więcej dwa razy na rok wyjeżdżałam i nadal wyjeżdżam na dwa tygodnie-miesiąc za granicę, żeby zanurzyć się w atmosferze danego miejsca. To pewnie oczywista oczywistość, ale dla tych, którzy uczą się języka: najważniejsze, to nie bać się błędów: kto się boi, nie pogada :) WL: Czyli włoskiego nauczyłaś się głównie w praktyce, czy też ślęczałaś trochę nad książkami? E: Nie, nad książkami w ogóle nie ślęczałam, ble! Nad Shakespearem ślęczałam, ale to z przyjemnością! No dobra – i nad „Mormolyke”, podręcznikiem do starogreckiego. Włoskiego nauczyłam się we Włoszech: podróżując po Toskanii, podczas miesięcznego pobytu w Rzymie z prof. Adamem Ziółkowskim, chyba najlepszym przewodnikiem po Mieście. Bardzo lubię Rzym, zwłaszcza Trastevere, rozważam zamieszkanie tam kiedyś. No, a potem jeszcze zaczęłam studia renesansowe, gdzie moim promotorem był Danilo Facca, z którym też niesamowicie dużo – oczywiście – rozmawialiśmy, głównie po włosku. WL: Trzeba jednak powiedzieć, że masz wykształcenie typowo językowe i z językami jesteś bardzo obyta, co też ułatwia przyswajanie w praktyce…czy osoby bez takiego językowego doświadczenia mają szansę się nauczyć włoskiego „po godzinach” w takim stopniu, aby być gotowym do tłumaczeń? E: Nie mam pojęcia! Wydaje mi się, że „językowe zaplecze” jest raczej naturalną wypadkową specyficznego podejścia do świata, kultury, innych. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś nigdy się nie interesował językiem, nie czytał literatury obcej, unika kontaktów z obcokrajowcami, a nagle chce zostać tłumaczem. Ale gdyby jednak znalazł się ktoś taki, to myślę, że może, choć będzie mu trudniej. W Wawie na przykład mamy przecież sporo możliwości studiów włoskich. WL: To jest poniekąd też odpowiedź na pytanie, czy trzeba skonczyć filologie  włoską, żeby zostać tłumaczem, i czy ewentualnie wystarczy licencjat: wszystko jest możliwe, jeśli włożymy dużo pracy w naukę języka i podejdziemy do tego z pasją, bo do pracy w zawodzie nie jest obowiązkowe zdanie egzaminów albo zdobycie jakiegoś konkretnego dyplomu, prawda ? E: Piotr (szef) mówi, że nie trzeba dyplomu. Ale wymogi oczywiście zmieniają się w zależności od biura. Ja co prawda nie jestem najlepszym przykładem, bo akurat jestem po kolegium języka francuskiego i lingwistyce stosowanej, ale tak – papierki nie są najważniejsze. Zwykle i tak potencjalny tłumacz współpracujący jest proszony o zrobienie próbki tłumaczenia, więc stosunkowo łatwo odsiać plewy. Aha, to może dobry moment, żeby wrócić do tematu praktyk: raczej unikamy formy zdalnej, bo trudniej wtedy kontrolować postęp pracy (albo jego brak), a nasi „ogarniacze”, czyli Dorota i Szymon, i bez tego mają za dużo na głowie. Na miejscu dużo łatwiej coś skonsultować, poprawić i wyjaśnić. Praktyki nie są płatne, ale jeżeli ktoś rzeczywiście się sprawdza, jest dobry w tym, co robi, to naprawdę ma dużą szansę na zostanie w Diunie, tak jak to było ze mną. WL: Odbycie takich, lub podobnych praktyk jest pewnie niezbędne, lub prawie, aby wdrożyć się w zawód tłumacza i załapać pierwsze zlecenia? E: Z tego, co wiem, większość warszawskich biur tłumaczeniowych wymaga ukończenia praktyk. WL: Cenna informacja! E: Nie jest to absolutnie konieczne, żeby mieć jakieś zlecenia – ja miałam je jeszcze przed zaczęciem pracy dla Diuny, ale głównie dzięki kontaktom lektorskim. WL: Jedna z czytelniczek zapytała, jak można się zorientować, po latach nauki, że to już TEN moment, kiedy jesteśmy gotowi do tłumaczeń- praktyki to pewnie dobry sprawdzian naszych umiejętności? E: Jasne, szczególnie, że wtedy zwykle jest obok ktoś, kto jest w stanie rzetelnie ocenić, czy TEN moment już nadszedł. Zresztą, jeśli ktoś jest po latach nauki, to powinni mu to uczciwie powiedzieć nauczyciele. WL: A jak inaczej rozpoznać, przed rozpoczęciem pracy, że już jesteśmy gotowi? Tu chodzi o poziom języka, ale za tym na pewno pójdzie też pytanie o inne kompetencje, które powinien posiadać tłumacz. E: Zawsze można zaryzykować i ewentualnie usłyszeć od niezadowolonego klienta, że jednak nie był to jeszcze TEN moment, ale tej opcji nie polecam :) Faktycznie, zdarza się, że praktykanci zadziwiają nas nieznajomością pracy z edytorem tekstu albo brakiem umiejętności wyszukania czegoś w internecie. I tego pewnie właśnie brakuje na studiach językowych. Czasem brakuje też zwykłego rozsądku i znajomości świata, ale tego trudno się wyuczyć. Mówię o sytuacjach, gdzie „śledź zmiany” są tłumaczone jako „herring of change” i analogicznych. Nie zdarza się to na szczęście często, ale – jednak. WL: A z takich umiejętności miękkich, co byś jeszcze wymieniła? E: Znajomość zasobów internetowych (fora językowe, serwisy tłumaczeniowe). Coś niewielkiego i niby oczywistego, ale bardzo często nieużywanego: tzw. „pazurki”, czyli wyszukiwanie konkretnej frazy z użyciem cudzysłowu, np. po to, żeby sprawdzić, czy coś, co wymyśliliśmy, rzeczywiście istnieje i jest używane. Jeśli przekonamy się, że są powiedzmy 3 trafienia, poszukajmy czegoś innego :) Poprawność i dbałość edytorska, czyli usuwanie podwójnych spacji, używanie czytelnej czcionki, dobra interpunkcja. Ogólnie mówiąc to, czego powinni uczyć w szkole na polskim. No, i – co też mi wcześniej wydawało się oczywiste – odpowiedzialność. Jeśli mamy termin na tłumaczenie, nie przekraczajmy go, a jeśli nie uda nam się go dotrzymać, nie informujmy o tym na 5 minut przed godziną zero, albo po niej:) Niestety to jest dość częste. WL: Co byś doradziła osobie, która chciałaby potrenować tłumaczenie i sprawdzić, czy się do tego nadaje? E: Zapraszamy do Diuny :) WL: A w domowym zaciszu? Są jakieś metody? Najbardziej problematyczne są pewnie te ustne. E: Hm, trenować w domowym zaciszu można, ale sprawdzić się – chyba nie. Ustne tłumaczenia ja na przykład trenowałam po prostu słuchając aktualnych wiadomości i tłumacząc je sobie na żywca. Tak samo zresztą można z newsami w formie pisemnej: czytając (sobie w głowie) jednocześnie tłumaczyć (na głos) na wybrany język. Jest to pewne wyzwanie, ale jaka satysfakcja! WL: O, chyba sama z ciekawości spróbuję! E: Polecam! Prawdziwy odlot :) WL: Powiedz jeszcze, kiedy ktoś zaczyna pracę freelancera, jak i gdzie najlepiej szukać pierwszych klientów i pozyskiwać kolejnych? Czy ktoś bez znajomości na początku, pojawiając się „znikąd” ma szansę na rynku? E: Warto oczywiście wysłać swoje CV (najlepiej z listem motywacyjnym) do biur tłumaczeń z propozycją nawiązania współpracy, nawet, jeżeli akurat nie ogłaszają naboru. Nigdy nie wiadomo, kiedy akurat będą potrzebować nowego narybku. Poza tym jest coraz więcej portali internetowych pośredniczących między tłumaczami a klientami – np. rzeczony proz, chociaż i tam preferowane są osoby rekomendowane przez konkretne biura/klientów. Prośba do młodych stażem tłumaczy: nie zaniżajcie cen i nie uprawiajcie dumpingu na rynku tłumaczeń. Zdarzyło mi się widzieć oferty „5 zł/str tłumaczenia szybko tylko u mnie”. Czasem początkujący klient da się skusić najniższą ceną, a potem… zwykle, już wkurzony, jeszcze raz wysyła ofertę tym razem do sprawdzonego biura. WL: No właśnie – zazwyczaj biura, ktore zastanawiają się nad naszą kandydaturą, jak i portale takie jak proz, wymagają od nas określenia jaką mamy stawkę. Jakie stawki funkcjonują w Polsce? Jakie podawać, żeby nie psuć rynku, zarobić i nie zderzyć się z odmową „bo za drogo”? E: Oczywiście cena za stronę zależy (bardzo) od kierunku tłumaczenia i charakteru danego tekstu. Ale szerokie widełki za stronę tłumaczeniową, czyli 1800 znaków ze spacjami, to około 25-50 PLN. Jeżeli tłumaczymy na język obcy, to więcej, i im bardziej specjalistyczny/problematyczny tekst, tym drożej. Problematyczny, czyli na przykład napisany odręcznie, kiepsko zeskanowany, napisany po „polskawemu”. Pamiętajmy też o tym, że strona tłumaczeniowa ZAWSZE zawiera spacje. Kiedyś klient wykłócał się ze mną, że on za spacje nie zapłaci. Powiedziałam „jak Pan sobie życzy”, wykasowałam spacje i wysłałam mu tłumaczenie. Jak się domyślasz, klient jednak zaakceptował początkowe ustalenia :) WL: O, też słyszałam o takich „złośliwościach” wobec upartych klientów ☺To na koniec powiedz mi jeszcze, czy nie mija Ci miłość do języków od kiedy te stały się Twoją pracą – czy nie przeżywasz kryzysów? E: Niee, nawet „sztampowe” teksty są ciekawe o tyle, że często można się z nich pośmiać, np. z korpomowy. A po godzinach można już sobie tłumaczyć, co sercu bliższe, np. ostatnio z wypiekami na policzkach tłumaczę listy Piotra Martyra o nowoodkrytej (wtedy) Ameryce. Nudy nie ma nigdy! WL: Czyli można powiedzieć, że jeśli ktoś lubi tłumaczenia, to są one zawsze dobrą zabawą, nawet jeśli tłumaczymy coś, co może wydawać się „nudne”? E: Te nudne zazwyczaj są bardzo powtarzalne, więc też nikt nie tłumaczy raczej od podstaw aktu ślubu, tylko korzysta z formatki. Narzędzia CAT typu Trados pozwalają na użycie wcześniej przetłumaczonych fragmentów, co też znacznie usprawnia pracę z podobnymi tekstami. Ach, to wspaniałe uczucie, kiedy same „wstawiają się” kolejne segmenty podobnej tłumaczonej już umowy! Tego nie można opisać, to trzeba przeżyć samemu :) Tak, właśnie, a to mi przypomina… Trados już naprawdę nie może się mnie doczekać. Więc bardzo dziękuję za wywiad i jestem do usług pod mailem, ale na razie muszę zmykać. WL: Dzięki w takim razie za rozmowę i pozytywny akcent na koniec! I życzę, aby tłumaczenia zawsze sprawiały Ci frajdę :) E: A ja jeszcze raz serdecznie zapraszam praktykantów – kto coś umie, skończy w Diunie :)

Teraz przyznać się, kto marzy o pracy tłumacza! A może już wykonujecie jakieś tłumaczenia? Podzielcie się swoim doświadczeniem! Przy okazji przygotowywania tego wywiadu mieliście okazję zadać pytania od siebie- na facebook’u i na grupie. Spływały również maile! Nie udało mi się niestety zadać wszystkich Waszych pytań, dlatego zapraszam do dzielenia się nimi tutaj w komentarzach: w miarę dyspozycyjności odpowie Ewa, lub ja, jeśli będę znać odpowiedź :) W najbliższym newsletterze odniosę się również do tego wywiadu i podam kilka przydatnych linków, pod którymi znajdziecie serwisy i fora dla tlumaczy. Jeśli jeszcze Was nie ma na mojej newsletterowej liście, znajdziecie formularz tu na dole.


Wywiad odbył się we współpracy z Biuro Tłumaczeń Diuna, które po zaledwie 7 latach istnienia na rynku weszło do czołówki dzięki wysokiej jakości usług oraz niebanalnemu podejściu do biznesu. Macie jakieś pytania? Napiszcie: www.diuna.biz!


[mailerlite_form form_id=2]

Salva Salva

Ciao!

Mam na imię Natalia.
Nauczę Cię włoskiego w praktyce i bez cenzury!
Dołącz do mojego newslettera i bądź na bieżąco!
.

obserwuj