Blog Włoskielove ma przede wszystkim reprezentować miłość do języka włoskiego, ale wiemy, że za tą często idzie miłość do kraju, kultury, a nawet konkretnej osoby. Byłam ciekawa Waszych historii. Jak się poznaliście, co w tej relacji jest trudne, co zabawne? W tym walentynkowym wpisie oddaję Wam głos!

Nasza historia jest pełna wzlotów i upadków, ale kończy się dużym happy endem. Znałam wiele dziewczyn, które wyjeżdżały na wakacje do Włoch i potem opowiadających o tym jak to piękny Włoch śpiewał im serenady pod oknem hotelu. Oczywiście komentowałam to krzywą miną i pukałam się w głowę. Jednak potem przyszedł rok 2014 i w sumie sama się nie spodziewałam takiego obrotu sprawy.
Poznałam mojego Włocha na wymianie międzynarodowej zorganizowanej przez nasze liceum, miałam wtedy gdzieś 17 lat i byłam zakochana maksymalnie w tym człowieku, jedno nie widziało poza drugim świata. Po wymianie wymieniliśmy się numerami telefonów, adresami i tak zaczęła się nasza włoska przygoda oparta na marzeniach, planach i wzajemnej pomocy i wsparciu.
Sama nie do końca spodziewałam się, że to przetrwa, bo w końcu „on tam, a ja tutaj”, ale wystarczyła odrobina wiary i masa pracy nad relacją. Złe strony i powody do kłótni? Na pewno dużo zrobiła złego odległość i różnice kulturowe. Dużym problemem było dla mnie przyzwyczajenie się do wieczornego jedzenia albo wracanie późno do domu będąc niepełnoletnim, a także to, że jako nastolatkowie wciąż są traktowani jak dzieci (głównie przez matki). Ale są i pozytywy? Jasne, że są. On nauczył się polskiego, a ja włoskiego. Nauczyłam się gotować włoskie dania, a on lepi pierogi lepiej niż niejeden Polak!! Coś szalonego? Moja wyprowadzka do Włoch, która czasami wydawała się niemożliwa…
Jak do siebie mówimy…? Nawet nie wiem. Jest to przeplatanka polskiego, włoskiego i angielskiego!
Jednak na walentynki 2019 chciałabym życzyć wszystkim tym, którzy podzielili mój wybór dużo zrozumienia i cierpliwości, a ja serdecznie pozdrawiam jako świeżo upieczona mieszkanka Włoch z Turynu.
Maria <3 Marek

Z moim chłopakiem poznałam się w Nowym Jorku w szkole językowej. Przez rok jeździliśmy pomiędzy Warszawa a Bari, wysyłając sobie paczki z jedzeniem, listy a nawet płyty CD z muzyka. Obecnie mieszkamy razem w Rzymie. Na co dzień rozśmiesza mnie rożnymi sytuacjami, między innymi: wstawaniem 1,5 wcześniej aby wszystko zrobić ‘’con calma’’, suszeniem japonek po prysznicu i mówieniem ze jestem rasową blondynka podczas gdy moje włosy są koloru kasztanowego. Dla niego to il biondo vero…Ovvio.
Pamiętam jak bardzo się zdenerwował, gdy raz chciałam odkurzyć w naszym mieszkaniu, około 14. Sei pazza?! Sąsiedzi teraz śpią!
Inna zabawna sytuacja to kiedy podczas jego pierwszej wizyty w Polsce nosił podwójne skarpetki, bo tak bardzo cierpiał w powodu temperatury. I gdy patrzył na mnie zszokowany kiedy kroiłam pomidory na śniadanie.
Z bardziej romantycznych historii, pamiętam ze pewnego ranka obudził się i powiedział, wiesz…wczoraj było mi bardzo przykro, ze nawet mnie nie pocałowałaś na dobranoc. Podoba mi się tez jego twórczość w nazywaniu mnie w przeróżny sposób, miedzy innymi: confettinca, cucciolina, eggina (krucha jak jajko).
Najbardziej w naszym związku fascynują mnie niekończące się różnice kulturowe. Jest to dla mnie naprawdę inspirujące i myślę że nawet po 20 latach będzie w stanie nadal mnie szokować i zaskakiwać.
Martuccina, Polka w Rzymie
Ta wiadomość od Marty przypomniała mi o jednych z pierwszych wpisów na tym blogu, które co prawda dzisiaj dziwnie mi się czyta, ale tak naprawdę to w dużej mierze im zawdzięczam to, że wieść o Włoskielove gdzieś tam się rozniosła.
To dwa, bazujące na stereotypach, ale i różnych zabawnych doświadczeniach zebranych do kupy, wpisy w których wymieniam:
10 powodów dla których nie warto umawiać się z Włochem
12 powodów dla których warto umawiać się z Włochem
Przypomniała mi się historia jak poszłam na pierwszą randkę z chłopakiem na kolację. On podczas drogi do restauracji powtórzył ze sto razy „I’m angry, I’m angry”. Próbowałam dopytać na co i w ogóle, ale zero odzewu. Żadna z jego odpowiedzi nie miała sensu. Odpuściłam temat, żeby się więcej nie stresować (byłam przekonana, że jest zły na mnie, bo klasycznie spóźniłam się na spotkanie). Wszystko było super, naprawdę świetnie się bawiliśmy, no ale ja ciągle w tyle głowy miałam fakt, że on był zły, więc pewnie drugiej randki nie będzie. Ale była druga, trzecia, czwarta… Po pół roku znajomości zaczęłam się uczyć języka włoskiego. Pierwsza lekcja oczywiści 'wymowa’. Jakie było moje zdziwienie, że Włosi nie wymawiają litery 'h’. Oczywiście nie od razu połączyłam fakty, ale podczas rozmowy telefonicznej z chłopakiem on znów wrócił to tego swojego „bla bla bla I’m angry”, więc ja dodałam dwa do dwóch i ogarnęłam, że on po prostu jest głodny :D Dopytałam, czy jest głodny czy zły, a on „Oczywiście, że głodny. Nie jadłem cały dzień.” Więc dopiero po pół roku dowiedziałam się, że powiedzenie „I’m angry” czy „I’m hungry” to w szybkiej wymowie dla niego jedno i to samo :D Ta litera „h” do dzisiaj nam przeszkadza, bo ostatnio opowiadam, że dostałam rachunek za ogrzewanie, a przecież jestem we Włoszech, więc nie korzystam ze swojego mieszkania. „ I must pay a lot for heating in my appartment”… przez dobrych 10 minut nie mogliśmy się dogadać bo dlaczego mam zapłacić za jedzenie skoro mnie nie ma i komu mam to zapłacić :D (heating/eating)
Cała reszta? Wbrew pozorom dość normalna, poza teściową (typowy polski stereotyp Włocha jako mamisynka), która okazała się największym skarbem na ziemi, bo nauczyła mojego chłopaka świetnie gotować, więc stwierdzenie „I don’t cook – my boyfriend is italian” pasuje tu idealnie!
Agata

Mauro poznałam w bardzo brzydkim momencie w moim życiu i pomógł mi on odzyskać wiarę w to, że jestem fajną, normalną osobą. Jesteśmy parą taką trochę na odwrót bo to ja jestem tą nerwową z wybuchowym charakterem i robiąca głupoty bez zastanawiania się, on jest za to opanowaną oazą spokoju, przestrzegającą wszelkich zasad. Z jednej strony są to nasze powody do kłótni (nigdy zbyt długie) z drugiej tych rzeczy próbujemy się od siebie uczyć: ja wyciszania i spokoju, a on że czasami warto się dać ponieść chwili. Spędzamy razem wiele czasu i dużo razem robimy, ale paradoksalnie czuję się bardzo wolna przy nim.
Agata i Mauro
Dzieli nas 22 lata różnicy. Poznaliśmy się w pracy w moim rodzinnym mieście. Zaczęłam u niego pracować i pomału zaczęło nawiązywać się między nami coś więcej. Czas mijał a my oswajaliśmy się z tym uczuciem (bo zarówno dla niego – zaczyna się nawiązywać bliższa znajomość ze swoim pracownikiem – jak i dla mnie – no ale to szef – było to trudne doświadczenie, wyjść z roli, w środowisku, które nie jest miejscem na ten typ relacji) więź pomiędzy nami zaczęli zauważać inni…kiedy kończyłam studia, musiałam podjąć decyzję co dalej. W tym samym czasie dostałam od niego propozycje współprowadzenia firmy. Po przemyśleniu, stwierdziłam, że to jedna z lepszych ofert pracy. Kiedy się zgodziłam, wyznał co do mnie czuje. Jak ważna jestem w jego życiu, i że każdy dzień beze mnie nie ma sensu. Powiedział też że każda chwila będzie dla mnie, wszystko co będzie robił będzie robił dla mnie. Powiedział tez, że odda mi wszystko, ale życie z nim nie będzie łatwe, ludzie będą mnie oceniać, będziemy na ustach wszystkich. Jeśli choć trochę odwzajemnię jego uczucia, każdego dnia będzie dla mnie. Jak się pewnie się domyślacie było to najpiękniejsze wyznanie jakie kiedykolwiek ktoś mi powiedział…
Jak powiedział tak zrobił. Jesteśmy już razem trzy lata, znamy się od czterech. Różnica wieku nie jest dla nas problem, oboje jesteśmy na tyle otwarci, że raz ja muszę „stanąć w jego wieku” a raz on w moim. Najtrudniejsza rzeczą jest opinia innych na ten temat. Trudne jest że ludzie oceniają stereotypowo (bo to Włoch i jest nie stały w uczuciach, bo jest starszy, bo będzie dobrym kochankiem). Codziennie uczę się od niego wytrwałości, stawiania ostrych granic. Nauczyłam mnie tego, że im mniejszą wagę przywiązujemy do opinii innych tym nam lepiej. Nauczyłam mnie, że pomimo tego że jesteśmy razem, mamy własną firmę, wspólne konto, dom to jestem od niego niezależna. Żyje dla siebie, sama o sobie decyduję. Nauczyłam mnie całkowitej akceptacji siebie, pokazał mi i pokazuje codziennie jak to jest dbać o drugą osobę. Uczy mnie innego spojrzenia na świat, przekazuje inne wartości kulturowe oraz pokoleniowe.
Lo amo. K.

Z Alessandro poznaliśmy się na włoskim festiwalu filmowym, więc połączyła nas wspólna pasja. Wziął mnie na spacer po Salerno, żeby pokazać mi graffiti Inserry i totalnie pochłonęła nas rozmowa o sztuce, a później już nie tylko o sztuce :) To był szalony (prawie) rok i choć od niedawna już nie jesteśmy razem, wciąż się przyjaźnimy, a walentynki są moim zdaniem również dobrą okazją do celebrowania miłości wśród przyjaciół. Mamy ze sobą masę wspomnień, przygody i podróże,ale też chill i nuda, jak to w związkach. On dzięki mnie zwiedził kilka pięknych miejsc w Polsce, ja poznałam Włochy z perspektywy, o jakiej przeciętny turysta może pomarzyć… Świetne było to, że mimo nieco innych światopoglądów wiele nas łączyło. wiele jego nawyków przejęłam i nieraz znajomi się ze mnie śmieją, że jestem już prawie jak Włoszka, choć parlam po italiańsku tak średnio :) Pytałaś, co jest trudnością w takim związku. Na pewno język, bo choć oboje mówiliśmy biegle po angielsku, jednak dzięki swoim językom, trochę czujemy się jak w domu… Zaczęła się więc swego czasu wspólna nauka, co zresztą polecam, mega zbliża i jest świetną zabawą. Druga trudność, odległość. Dla nas nie było perspektywy zmniejszenia dystansu (w kilometrach oczywiście) od siebie przez najbliższe dwa/trzy lata, dlatego „nie wyszło”, ale mam świetnego kumpla, kto wie, co z tego będzie za parę lat :)
Magdalena

Poznałam się z moim Antoniem 4 lata temu na instagramie. Ja zaczynałam z włoskim i kiepsko mi szło w praktyce, Antonio z angielskiego też najlepszy nie był. Ale wiadomo, uczucie potrafi przezwyciężyć wszelki bariery więc rozmawialiśmy po angielsku długi czas zanim nauczyłam się włoskiego na poziomie umożliwiającym normalną rozmowę. Lata minęły, uczucie kwitło mimo dość dużego dystansu. Teraz jesteśmy już zaręczeni, widzimy się bardzo często co i tak proste nie jest przez moje studia i pracę Antonia, ale niedługo problem będzie rozwiązany – zamierzam przeprowadzić się do Włoch od wakacji tego roku. Zwracamy się do siebie zucchero, angelo, amore, tesoro, cucciola/o, stellina, tonino, pulcino, micina. Pucci też, ale w sumie nigdy nie zastanawiałam się, czy to w ogóle ma jakieś swoje znaczenie :)
Shotoji

Paradoksalnie z Antonio poznaliśmy się na Spanish language exchange w Bydgoszczy i początkowo nie podejrzewałam, że jest Włochem. Na pierwszą randkę umówiliśmy się w Międzynarodowy Dzień Pizzy, po to by zjeść… pierogi. I to właśnie o jedzenie się najwięcej sprzeczamy, bo przecież „zupa to nie posiłek”, „jak można jeść tak późno obiad” i inne takie.
Rozmawiamy głównie po włosku. Nino jest dobrym nauczycielem, choć jego próby wytłumaczenia gramatyki zazwyczaj kończą się na „nie wiem, tak musi być.”
Podoba mi się to, że oboje jesteśmy otwarci na swoje kultury. Chcemy się nauczyć wzajemnie czegoś od siebie, choć zdecydowanie to ja jestem „zitalizowana”. Rzecz, z którą walczymy u Nino: nadużywanie polskich przekleństw i słowa „świnia”.
Z moim amore nigdy nie chodzę głodna, to jest pewne. Nie mogę się zdecydować na wino? Mogę wziąć oba. Plusów jest znacznie więcej niż minusów.
Ksymena
Zaczęło się od Tindera :) Mój Nicolò robił staż w Warszawie i znaleźliśmy się przez tą niesławną aplikację… ale przede wszystkim dlatego, że były wspólne pasje- ja studiowałam historię sztuki, on architekturę… pierwszy raz spotkaliśmy się w PKiN na imprezie „urodziny Davida Bowie”. On przyszedł głownie dlatego, że kocha muzykę DB :p Ja go przedstawiłam koleżance, która ze mną była na tej imprezie, mówię „to jest Nicolò, architekt z Turynu…”, Magda wykrzyknęła na to od razu: „Ty jesteś Guarino Guarini!” (architekt słynnej kaplicy całunu turyńskiego). No i tak się zaczęło od długiej rozmowy o historii warszawskiej architektury. Po tej imprezie w styczniu 2016 zaczęliśmy się spotykać w każdej wolnej chwili i odwiedzać wszystkie możliwe wystawy w warszawskich muzeach i galeriach. Oczywiście Nicolò opowiadał mi ciągle o włoskim jedzeniu, że JEST NAJLEPSZE JAK WSZYSTKO CO WŁOSKIE. Na dowód gotował mi np. parmiggianę…mmm…wszelkie makarony, krewetki, a do tego te wina, sery…
No i tak się spotykaliśmy ponad pół roku podczas jego pobytu w Warszawie… ciągle mi jednak powtarzał, że on NIE WYOBRAŻA SOBIE związku na odległość i w ogóle ON MI NIC NIE OBIECUJE BLABLA prawdziwy italian lover xD ale oczywiście jego zachowanie wskazywało na coś wręcz przeciwnego… Z tego okresu pochodzi słynne zdjęcie THIS IS NOT MY BOYFRIEND:

Wkrótce poznałam jego mamę, gdy była z wizytą w Warszawie…wtedy już było wiadomo co się kroi, bo dla Włocha MAMMA to wiadomo :) Pod koniec swojego pobytu Nicolò zaczął coś przebąkiwać, że bym może przyjechała w wakacje, ALE TYLKO NA WAKACJE… no bo nie byłam nigdy we Włoszech i on mi pokaże zamek (jego mama ma zamek, tak wiem, brzmi na bogato, ale dla nich to taki domek letniskowy ;p), i zwiedzimy Wenecję, Mediolan, Turyn.
Po tych wakacjach, które miały być ostatnimi naszymi spotkaniami, a było to latem 2016… DOPIERO SIĘ ZACZĘŁO. Przeżyliśmy 2 lata związku na odległość, lotów Bergamo – Warszawa chyba milion. A teraz od jesieni postanowiłam rzucić wszystko w Warszawie i przenieść się tutaj. Obecnie mieszkamy w Asti niedaleko Turynu i jesteśmy najszczęśliwsi na świecie po dwóch latach ciągłej tęsknoty i wariactwa z lataniem i podróżami, łzami na lotnisku za każdym razem. Ale zaczął on. Pierwszy płakał jak mnie odwoził na lotnisko tamtego pamiętnego lata 2016 kiedy to pierwszy raz zwiedziłam z nim północ Włoch.
Potem były wizyty w Genui, Mantui, Neapolu, Florencji, Pizie… raj dla historyka sztuki! Od 1,5 roku solidnie uczę się włoskiego – naszym pierwszym językiem był angielski. Ja już śmigam spokojnie na B1, Nicolò zna zupełnie randomowe słowa po polsku, pierwszym jego słowem było SZCZYPIOREK. Ja nauczyłam go tych wszystkich szeleszczących słówek, wymawiać poprawnie nazwiska piłkarzy: Szczęsny, Błaszczykowski, Piątek. Zajada się pierogami i ogórkami kiszonymi. I ten nasz polsko-włoski mix trwa w najlepsze.
Pozdrawiamy walentynkowo z Piemontu i ślemy dużo miłości!
Martyna

A jak było z Wami, jak jest u Was?
Zapraszam do opowiadania :)


