W Wenecji byłam wcześniej kilka razy, ale nigdy jej nie zrozumiałam. Błądziłam na oślep, nie wiedziałam gdzie jestem, jak oszołomiony pies w lesie. Postanowiłam więc spróbować jeszcze raz, przespacerować się sama, zrozumieć. Moim przewodnikiem, a raczej antyprzewodnikiem była ksiązka Tiziano Scarpa Venezia è un pesce, Wenecja jest rybą. Nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi na ten kształt. Jeśli spoglądałam na mapę, to była to jedna z tych ogromniastych, niewygodnych map, na których trudno rozpoznać kształ miasta. A Wenecja to ryba i często pachnie rybą i chyba jak ryba coraz mniej ma głosu. Wiele ciekawostek zawartych w tym artykule będzie pochodziło właśnie z tej małej książeczki, mimo że wiele z nich usłyszałam już wcześniej od mojego fidanzato, szczególnie jeśli chodzi o wenecki słownik. Autor mówi (na pewno nie on jeden), że najlepszym sposobem na zwiedzanie Wenecji jest zgubienie się w niej, smarrirsi„Po co walczyć z labiryntem?” pyta. Ja jednak postanowiłam trochę powalczyć. Nie bardzo, bo moja wydrukowana z internetu mapa nie rozpoznaje ścieżek, drobnych mostów, nie podaje nazw ulic, rzadko placów. Ale posłużyła mi do zorientowania się, w którą stronę mam się kierować, do upewnienia się, czy nie oddaliłam się za daleko od celu. A celów miałam kilka. Potraktowałam ten spacer jak grę miejską, caccia al tesoro. Postanowiłam zrobić kółko zahaczając o szczególnie interesujące mnie punkty. Andiamo?

To zwiedzanie, czy antyzwiedzanie, z Tiziano Scarpa, zaczyna się od odwróconej perspektywy. Autor opowiada w plastyczny sposób, jak to miasto opiera się na milionach słupów, bez których by zatonęła. Mówi, że „spacerujemy po odwróconym lesie”. Proponuje też założenie butów o lekkiej podeszwie, żeby poczuć miasto stopą, „stać się stopą”. Fatto. Po wyjściu ze stacji, a była godzina dziesiąta, pomyślałam, że mogłabym przyjechać i o szóstej rano, a byłoby tak samo dużo ludzi. O każdej porze dnia, o każdej porze roku. Nie skierowałam się jak zawsze na lewo, na most degli Scalzi, ale na prawo, aż do stacji autobusów, żeby na moment przed przejść na drugą stronę, obok dużego, pięknego parku, i dojść do Campo Tolentini. Mały plac nad kanałem, przy masywnym kościele o korynckich kolumnanch. Znajduje się tam Bacareto da Lele, wysoko notowany na tripadvisor bacaro, ale widząc długą kolejkę zjadłam śniadanie w BarCollo, gdzie za kawę i brioche z obsługą przy stoliku na zewnątrz zapłaciłam 1,80 euro (sic!). Przy okazji wytłumaczę, że bacaro to w Wenecji to, co gdzie indziej nazywane jest osteria. Bar, gdzie pije się wino (ombra, może dlatego, że kiedyś schowanie się w cieniu było równoznaczne z zamówieniem kieliszka) i je cicchetti*, czyli mini kanapeczki, które gdzie indziej nazywają się tartina lub crostino. Niektóre bary wywiesiły kartki, na których tłumaczą cichetti hiszpańskim słowem tapas, śmieszne i smutne, średnio trafione.

*cicheto w dialekcie veneto, cicchetto „all’italiana”, ale nie mylić z cicchetto, który we włoskim jest synonimem shottino czyli shota, naszego kielona :-)

Po śniadaniu przeszłam się w stronę mostu Vinante, znanego również jako Ponte delle Gomme, ale na szczęście ledwo co dostrzegłam jakąkolwiek gumę do żucia, a spodziewałam się ohydztwa jak w Weronie.

Skierowałam się w stronę Zattere czyli fondamenta (ulica z wodą po jednej i miastem po drugiej stronie), z którego widać wyspę Giudecca. W jednej z prostopadłych uliczek znajduje się lo squero, czyli miejsce, gdzie naprawia się gondole. To, przy którym się zatrzymałam, lo squero di San Trovaso, to absurdalne stylowe pomieszanie, górska chata nad weneckim kanałem! To dlatego, że wielu z pracujących tam toporem mężczyzn pochodziło z Alp. Dosłownie na przeciwko, w Osteria al Squero, gdzie Francuzi zamawiali dos tapas (sic!), zjadłam najbardziej typowe i moje ulubione cicheto z baccalà mantecatoczyli z takim kremem z dorsza. Obserwowanie jak panowie naprawiają gondole może wydawać się romantyczne, ale pan bez koszulki z bebechem na wierzchu, i prawdopodobnie nawet nie włoskiej narodowości, to może coś, czego turystki nie szukają.

W południe schowałam się w  muzeum Peggy Guggenheim. To urocza, niewielka galeria z wyborowym…wyborem sztuki i z pięknym, również malutkim, ogrodem. Niestety natknęłam się nie na jedną, ale na co najmniej cztery grupy szkolne, które wypełniały te drobne sale w sposób, że ledwo dało się oddychać. Do odwiedzenia ponownie, może w porze obiadowej.

15

Przepięknym mostem dell’Accademia przeszłam na drugą stronę canal grande. Most (kolejne NIESTETY) inspirowany Federico Moccia i filmami opartymi na jego wątpliwej jakości książkach. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany pozostawieniem tam kłódki na znak wiecznej miłości z XYZ, to jest jeszcze miejsce.

„W historycznym centrum miasta estetyczna radioaktywność jest bardzo wysoka”, Scarpa nazywa to niebezpieczne dla oka zjawisko radium pulchritudinis (z łac. pulcher- piękny). Szkoda, że nie nazwał masochistą tego, który nie tylko spaceruje po Wenecji, ale do tego wchodzi do galerii sztuki! Po Guggenheim odnalazłam Palazzo Grassi, muzeum sztuki współczesnej, w którym moje zmysły oszalały. Zazwyczaj te współczesne instalacje do mnie nie przemawiają, przewodniki nic nie tłumaczą, wystawa wydaje się zwariowaną farsą. Tym razem mogę polecić: wystawę L’illusione della luce i fotografii Ivring Penna, obydwie trwają do końca tego roku.

Potem udałam się na poszukiwanie księgarni Acqua Alta, znanej z tego, że zalewa ją, gdy poziom wody się podnosi. Miałam nie przechodzić przez plac świętego Marka, ale niechcący tam trafiłam. Bazylika, jak widać na zdjęciu- nie do podziwiania, wg Tiziano Scarpa to taki sposób, żeby ochronić oczy mieszkańców przed zbyt wysokim natężeniem radium pulchritudinis.8 

Oh, mieszkańcy. Niesamowicie mnie interesuje ile kosztowały ich mieszkania, jak wytrzymują z turystami i jak to jest iść do szkoły, kiedy podwyższa się poziom wody. Z ciekawości sprawdziłam ceny wynajmu pokoju. Ofert jest bardzo mało (większość to oferty dla miasta Mestre czy innych, które z „tą” Wenecją mają mało wspólnego), ale ceny o dziwo nie zwalają z nóg, 400 euro za pojedynczy pokój w centro storico to naprawdę nieźle, jeśli porównamy z cenami w innych miast. Może kiedyś :-)

Po jakimś czasie błądzenia, odpoczynku na ogromnym Campo Santi Giovanni e Paolo i wizycie w małej, uroczej francuskiej księgarni, która też była na mojej mapie skarbów, dotarłam wreszcie do libreria acqua alta, żeby sprawdzić, czy to prawda, że mają zamiar ją zamknąć i czy faktycznie zasługuje na miejsce w top 10 najpiękniejszych księgarni świata. Zachwyciło mnie intymne wejście, jak z bajki i wylegujące się na słońcu koty. Potem nie wiele mnie już zachwyciło. Księgarnia ma się dobrze, o zamknięciu to była tylko plotka. Napisy po angielsku, właściciel porozumiewa się po angielsku, książki na wejściu po angielsku, a w środku włoski nieporządek i zaniedbanie. Domyślam się, że miejsce, w którym często zbiera się woda po kostki, nie jest łatwe do utrzymania. Ale chyba ta woda jest główną atrakcją tego miejsca. Nie powiem, ciekawie, gondola i wanny w których leżą książki, na zewnątrz schody z książek, po których można wejść, żeby zrobić zdjęcie mostkowi obok nad kanałem. Może gdyby nie było tam dużo ludzi, grzebanie w tym nieładzie i wyszukiwanie perełek miałoby jakiś romantyczny wymiar. Ale mi jakoś przeszła ochota na zakupy, książki rzucone w tej formie wydały mi się nieatrakcyjne, ceny też nie są specjalnie okazyjne. Nie poczułam klimatu.

3

4 Kierując się już teraz w stronę getta, przeszłam przez Campo dei Miracoli. Tuż obok, na Campiello dei Miracoli, czyli na placyku znacznie mniejszym, znajduje się miejsce, w którym wyobrażono na potrzeby filmu kwiaciarnię, w której zatrudniła się bohaterka Pane e Tulipani. Popełniłam błąd i wybrałam strada nova, żeby dojść do getta. To jedyna strada w Wenecji, inne nazywają się calle (czyt. kalle, nie kaje jak w hiszp.)

ramo lub ruga (co znaczy „zmarszczka”, niestety na żadną nie trafiłam). Strada Nova zamienia się później w Rio Terra Maddalena, Rio Terra S. Leonardo i Ria Terra Lista di Spagna: to ulice, które kiedyś były kanałami. W każdym razie Strada Nova jest straszna. Pełna ludzi, sklepików z tanimi pamiątkami, nie ma gdzie się schować przed słońcem. Można się za to schować w prostopadłych jej uliczkach, gdzie nie ma nikogo.

Weneckie getto jest spokojniejsze od reszty miasta, koi po intensywnym spacerze. To tutaj po raz pierwszy użyto słowa ghetto na dzielnicę zamieszkaną przez Żydów. Geto (czyt. geto) w dialekcie (a getto, czyt. dżetto, po włosku) oznacza w metalurgii odlewnię metalu. Wielu Żydów zajmowało się odlewaniem metalu i stąd nazwa. Kiedyś byłam tam z grupą, w której jeden z chłopaków był żydowskiego pochodzenia. Zaczął rozmawiać z tymi, którzy sprzedawali różne żydowskie gadgety na ulicy, ci założyli mu na głowę jarmułkę,  tefilin na przedramiona, chwycili się wszyscy za ręce i zaczęli śpiewać jakąś modlitwę po hebrajsku.

Na ostatni przystanek wybrałam, przypadkowo, knajpkę MQ10 nad kanałem. Przyjemne miejsce, ale mój spritz bianco chyba był nieźle rozwodniony.

9 12 13

Wyjechałam po siedemnastej, mimo że miałam w planach zostać w Wenecji do późnego wieczora. Ale przyznaje, zmęczyłam się. Nie tylko fizycznie, miałam jeszcze trochę siły. Zmęczył mnie  ten co prawda fantastyczny, ale jednolity krajobraz. Może zbyt wiele piękna naraz dla moich oczu?

Ciao!

Mam na imię Natalia.
Nauczę Cię włoskiego w praktyce i bez cenzury!
Dołącz do mojego newslettera i bądź na bieżąco!
.

obserwuj