Dawno nie byłam we Włoszech na wakacjach. Dlatego kiedy pojawił się świetny pretekst – zaproszenie na wesele w Terracinie, podekscytowała nas myśl o prawdziwych włoskich wakacjach nad morzem, a mnie przeraziła myśl, ile to wszystko będzie kosztować. I postanowiłam, że to będą tanie wakacje we Włoszech.

Chciałam napisać ten wpis, bo wkurzyłam się na przewodnik Lonely Planet, w którym nie został wymieniony ani jeden kemping ani alternatywy dla restauracji. A ja postanowiłam sobie, że na miejscu wydam tyle, ile podczas dwutygodniowego pobytu w Turcji (w tym lot balonem), oraz podczas trzytygodniowej podróży po Gruzji i Armenii, czyli 500 euro. Dla jednych mało, dla innych dużo. Muszę jednak dodać, że to przemieszczanie się jest zazwyczaj największym wydatkiem, a jednocześnie największym funem. Nie jest wyczynem wydać 400 zł leżąc przez 2 tygodnie na plaży :) Dodatkowo, miejsca w których byliśmy, a głównie Wybrzeże Amalfitańskie, są po prostu drogie. Jak mi się to udało jest pretekstem do opowiedzenia o wspaniałych miejscach– zaczynamy w Terracinie, potem płyniemy na wyspę Ischia, następnie do Sorrento skąd na Wybrzeże Amalfitańskie i wracamy do Neapolu. (Nasza wyprawa miała się pociągnąć do Cilento, ale w każdym miejscu zostaliśmy co najmniej o noc dłużej niż planowaliśmy, dlatego nie starczyło już czasu)
W podanej kwocie 500 euro nie zostały wliczone: cena biletu lotniczego – zapłaciłam 300 zł za lot do Rzymu i z powrotem w Ryanair (kupując na dwa miesiące przed) cena bagażu nadanego – 295 zł na dwójkę czyli 147 zł na osobę. Nie byłby nam potrzebny, gdyby nie namiot, którego podobno nie można brać jako bagaż podręczny (ze względu na szpilki) cena Airbnb w Terracinie – nasze mieszkanko było drogie, popełniłam błąd i rezerwowałam bardzo późno- zapominając, że to dla Włochów długi weekend. Trzy noce na dwójkę kosztowały 195 euro, po odjęciu zniżki 116 euro czyli 60 euro na osobę. Dostaliśmy za to jedną noc gratis. ceny wszystkich „pamiątek” – za same książki zapłaciłam 30 euro.

Terracina

Terracina leży w regionie Lacjum, ale jest już praktycznie na granicy z Kampanią. Słychać już tutaj kampańskie zaciąganie. Nie spodziewałam się niczego po tym miasteczku, z którego wywodzi się panna młoda, a było przepiękne- ogromna niespodzianka. Dostaliśmy się z Rzymu pociągiem do Monte San Biagio, a stamtąd lokalnym autobusem do Terraciny. Nigdy nie kupuję biletów z wyprzedzeniem, ale na miejscu zawsze wybieram pociąg Regionale, który jest najtańszy. Przez to, że nasz gospodarz nie odbierał wiadomości i telefonów i przez niego straciliśmy serenatę, którą przyjaciele wraz z futuro sposo przygotowali pod balkonem panny młodej- dostaliśmy jedną noc w prezencie. Przydała się, bo stare miasto trzeba koniecznie ze spokojem zwiedzić, piesza wycieczka w górę do Świątyni Jowisza to punkt obowiązkowy, po weselu trzeba było odespać, a jeden dzień w miasteczku Sperlonga bardzo mi się marzył. To białe, urocze miasteczko, z rozległą, piękną plażą. Plusem jest tu szczególnie spory kawałek nie tyle „dzikiej plaży”, co „uwolnionej”, tzw. spiaggia liberaczyli nie obstawionej leżakami za które trzeba było płacić. Nigdy nie płaciliśmy za leżaki. Przy okazji wycieczki do tego miasteczka, przekonałam się, że kto pyta nie błądzi– niby wiedzieliśmy, że bilety autobusowe można kupić u kierowcy, ale mój chłopak lubi sobie poplotkować z nieznajomymi (a w tych rejonach każdy lubi sobie poplotkować z nieznajomymi), a przy okazji dopytać, czy na pewno wszystko jest tak, jak myślimy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w przypadku tego autobusu u kierowcy bilet kosztuje 7 euro a w kiosku 1,30. Jeśli chodzi o jedzenie, to byliśmy dwa razy na mieście- na aperitivo zaraz po przyjeździe i czekając na gospodarza, oraz na obowiązkowej pizzy. W Terracinie robi się tzw. pizzę a metro, czyli na metr. Pół metra (można dobrać różne smaki) spokojnie wystarczy na dwie osoby, a pizzeria, która została nam polecona to Università della pizza (jak dla mnie nic szczególnego). Korzystając z dostępu do kuchni oczywiście coś na szybko ugotowaliśmy, a jednego razu poczęstowano nas za darmo makaronem z fasolą na wieczorku seniorów organizowanym na jednych z placów starego miasta. Po mieście poruszaliśmy się pieszo, również na wesele i z powrotem (5 km w jedną stronę) – spacer wzdłuż morza to w końcu sama przyjemność.

Terracina, schodząc z Tempio di Giove Anxur

Ischia

Pojechaliśmy do Neapolu, żeby stamtąd wziąć prom na Ischię. Wypływaliśmy z Pozzuoli – stamtąd bilety są o około 6 euro tańsze niż z Molo Beverello, ale dopiero teraz zauważyłam, że z Calata Porta di Massa (które również znajduje się w centrum) były w podobnej cenie (11 euro). Ale przynajmniej zobaczyliśmy Pozzuoli- miasto dzieciństwa Sophii Loren i rzymskich ruin. Na Ischi funkcjonuje świetnie zorganizowana sieć autobusów i opłaca się wziąć bilet całodniowy za 3,60 euro jeśli chcemy przejechać w jeden dzień dookoła, z przystankami. Znów tutaj chodziliśmy dużo pieszo, np. z uroczego Sant’Angelo do kempingu w Barano d’Ischia, albo z kempingu do Fontany skąd już niecała godzina na szczyt najwyższej góry wyspy- Monte Epomeo. Ischia jest znana ze swoich wód termalnych, ale wiele ośrodków, w których można się w ten sposób relaksować kosztuje od 20 euro wzwyż za dzień. Dlatego wybraliśmy wody termalne za do których dostęp nie trzeba płacić i z miasteczka Panza zeszliśmy do rajskiej (no, gdyby nie ten bar zagracający połowę plaży) zatoki Baia di Sorgeto. Wycieczkę na szczyt góry i darmowe termy potraktowaliśmy jako główne atrakcje i nie płaciliśmy ani za wstęp na zamek ani do słynnych ogrodów La Mortella (do każdego z tych miejsc wstęp kosztuje nieco ponad 10 euro). Dzięki zaoszczędzonym pieniądzom pozwoliliśmy sobie na kolację na bazie owoców morza – Ischia pod tym względem jest dość tania, dania kosztują od 10 do 13 euro (poza typowym dla wyspy królikiem, który nie tylko jest droższy, to i na zamówienie), i tak za kolację dla dwóch osób z winem i rucolino (również typowy dla wyspy) na koniec, zapłaciliśmy 30 euro. Na całej wyspie są dwa kempingi, w tym tylko jeden mogliśmy wziąć pod uwagę – to położony nad samym morzem, przy najpiękniejszej plaży Maronti kemping Mirage. Kosztował nas 14 euro za osobę dziennie (cena za osobę + połowa ceny za mały namiot). Na Ischi oraz na Wybrzeżu Amalfitańskim płaci się tzw. tassa di soggiorno, czyli podatek od pobytu – 0,50 euro za dzień. Zdziwiło mnie, że na obu kempingach prysznic jest płatny – na Ischi kosztował 1 euro, na Wybrzeżu 0,50 euro, a woda leci przez 3 – 4 minuty. Niby niewiele, ale wiadomo, że grosz do grosza – kąpać więc można się razem :)
Będąc poza sezonem, nie rezerwowaliśmy noclegów na kempingach przed wyjazdem – dzwoniliśmy na dzień przed, aby zapytać o dostępność i nie było z tym problemu. Jednak osobom zdecydowanym, że chcą jechać na Ischię i spać na kempingu Mirage, poleciłabym zajrzenie do ich ofert– gdybyśmy skorzystali z jednej z nich, oszczędzilibyśmy 1o euro. 

Baia di Sorgeto

Półwysep Sorrentyński

Od kempingu Mirage dostaliśmy po 3 euro zniżki na prom– gdziekolwiek nie stacjonujecie, warto zapytać, czy ośrodek nie jest partnerem z jakimś przewoźnikiem, czy posiada innego typu zniżki. Około 6 euro wydaliśmy, aby dostać się z Pozzuoli do Sorrento – najpierw jadąc metrem do Neapolu, później pociągiem circumvesuviana do Sorrento. Mieliśmy już wcześniej pomysł, żeby na Półwyspie Sorrentyńskim spać na dziko, ale do samego końca nie byliśmy pewni, czy się na to zdecydować, również dlatego, że noc w okolicy Sorrento oznaczała dla nas co najmniej jeden dzień „opóźnienia”. Pogodziliśmy się jednak z myślą, że nie starczy nam czasu na Cilento i daliśmy się ponieść przygodzie. Pojechaliśmy autobusem do Termini, skąd pieszo aż do Punta Campanella– najbardziej wysuniętego punktu półwyspu- przepięknego, oddalonego od miast i plaży miejsca z zachwycającym widokiem na Capri. Tu zjedliśmy przy pięknym zachodzie słońca i rozbiliśmy namiot. Nie można powiedzieć, że się wyspaliśmy, bo teren okazał się bardziej nierówny niż się wydawało, a ja każdy powiew wiatru brałam za szczura lub węża (bo tam są, widziałam). Za to poranek był nieziemsko piękny. [highlight color=”pink”] O campeggio libero pisałam w artykule Sposób na tańszy nocleg we Włoszech i nie tylko, gdzie linkuję do tego artykułu po włosku, gdzie omawiana jest kwestia legalna spania na dziko. W skrócie uznaje się, że rozbijanie się na stałe, np. na dwa dni nie jest dozwolone, ale bivacco, czyli jedynie nocowanie, już teoretycznie tak.[/highlight] Jako że byliśmy dość oddaleni od świata, kolejny dzień spędziliśmy na chodzeniu – od samego rana wspinaczka do najbliższego miasteczka Nerano, ale przez górę San Costanzo. Mimo że wyruszyliśmy o około siódmej rano, to nigdy w życiu tak się nie spociłam – nie tylko było gorąco, a na plecach 10 kg, ale i na początku trasy nie było żadnych powiewów wiatru. Za to widoki i sama trasa były piękne, ciekawie też zmieniała się natura, przez całą trasę towarzyszyły nam jaszczurki, spotkaliśmy węże, gigantyczne świerszcze i sokoły. W Nerano zjedliśmy śniadanie, wybraliśmy się na spacer nad brzeg morza i czekaliśmy na autobus do Sorrento (niestety), skąd dopiero mieliśmy pojechać do Amalfi. Autobusy nie jeżdżą często, dlatego warto pytać o rozkład jazdy zanim się gdzieś człowiek rozsiądzie.
NA CO WYDALIŚMY NAJWIĘCEJ
  • numer telefonu w TIM z około 30 GB internetu tak, że starczyło na dwójkę (przez hot spot)
  • przemieszczanie się, szczególnie prom na Ischię i bilety autobusowe na Wybrzeżu + atrakcje w Neapolu + nieczęste jedzenie i picie na mieście, za to nieraz przepłacone
  • spanie na kempingu
 

Zachód słońca na Punta Campanella

Wybrzeże Amalfitańskie

Z Sorrento do Amalfi to dwie godziny autobusem przez drogę o nazwie Nastro Azzurro – czyli zapierające dech w piersiach serpentyny. Z Amalfi wzięliśmy od razu autobus do Agerola, a dokładnie San Lazzaro, gdzie znajdował się nasz kemping. Kemping Beata Solitudo jest najtańszy w okolicy – 5 euro na osobę i 3,50 za namiot. To prawda, że żeby poruszać się po Wybrzeżu trzeba zawsze zjechać autobusem do Amalfi, ale po 1. sama okolica i widok z góry są piękne, po 2. pizza jest tu tańsza, po 3. jest to świetna baza wypadowa do pieszych wycieczek; Jeśli chodzi o autobusy, to możliwe, że przepłaciłam nie kalkulując dobrze wszystkich możliwych taryf, ale na oko wydawało mi się, że nigdy w 24 godziny nie wydaliśmy więcej niż 8 euro na osobę za bilety – a taka jest cena biletu dobowego u przewoźnika SITA. Cena pojedynczego biletu to nieco ponad 1 euro przed 12 czerwca – po tej dacie, czyli po zakończeniu roku szkolnego ceny biletów, oraz rozkład jazdy się pozmieniał, i już za autobus z San Lazzaro do Amalfi płaciliśmy 2 euro. Tutaj mieszaliśmy przemieszczanie się autobusem i piesze wycieczki – byliśmy autobusem w Ravello (gdzie pozwoliliśmy sobie na wstęp do willi Rufolo, skąd rozpościera się pocztówkowy widok na wybrzeże, sosnę pinię i kopułę kościoła wykonaną z ceramiki (typowe dla wszystkich miasteczek Wybrzeża)). Stąd chcieliśmy pójść do Minori tzw. ścieżką cytryn (sentiero dei limoni), ale daliśmy się przekonać poznanej sprzedawczyni ceramik i poszliśmy do Atrani. Dopiero na miejscu zorientowaliśmy się, że Atrani leży w bezpośrednim sąsiedztwie Amalfi, i gdybym o tym wiedziała, pewnie poszlibyśmy z Ravello do Minori, a do Atrani wybralibyśmy się z Amalfi. Co nie znaczy, że żałuję, bo trasa była magiczna, a szczególnie magiczny był widok miasteczka wyłaniającego się zza drzew. Jasne jest, dlaczego to miasteczko tak inspirowało znanego artystę (Mauritius Cornelis Escher). Kolejnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby z San Lazzaro dojść do Bomerano, skąd zaczynała się ścieżka bogów, sentiero degli dei. Około trzy godziny zajęło nam dojście z Bomerano do Montepertuso, gdzie absolutnie nie polecam  zatrzymywać sie na jedzenie/picie. My przepłaciliśmy za spritz aperol, ale był to porządny kielich, poza tym w południowych Włoszech często traktuje się ten napój jak koktajl (inaczej jak na północy). Później zatrzymaliśmy się w Positano, gdzie jest spory skrawek wolnej od leżaków plaży (nie w zatoce przy samym mieście, a tej drugiej spiaggia del Fornillo), masa amerykańskich turystów, milion sklepów i ogólnie po kąpieli bardzo chciałam stamtąd się zmywać. Mogę jedynie polecić ciekawą galerię sztuki Italian Fine Art Gallery (wstęp wolny). Później pojechaliśmy jeszcze do Praiano (urocze), a stamtąd już do Amalfi i do San Lazzaro, gdzie zjedliśmy kolację w restauracji Leonardo’s gdzie mają dość drogie, ale wyjątkowe pizze, na bazie lokalnych produktów. Była to kolacja urodzinowa, więc na ceny przymknęliśmy trochę oko. Ostatniego dnia chciałam się wybrać na drugą część wybrzeża w poszukiwaniu nieco innych krajobrazów. Pojechaliśmy dość daleko, bo do miasteczka Cetara, mijając Minori i Maiori (Maiori na pierwszy rzut oka to mało romantyczny, wakacyjny kurort). Co prawda Lonely Planet polecał plażę w pobliskiej Erchie gdzie chcieliśmy się wybrać pieszo, ale ostatecznie w Cetarze znaleźliśmy przyjemną plażę  wolną od leżaków i parasoli w zatoczce opanowanej przez lokalsów. Na koniec poświęciliśmy kilka godzin na uliczki Amalfi, kupowanie pamiątek, kolację z cuoppo (rożek wypełniony smażonym jedzeniem, ja miałam owoce morza), oraz wyśmienite lody czekoladowe i delizia al limone w ciastkarni Pansa przy samym kościele. Załapaliśmy się na przemarsz orkiestry na część Sant’Antonio i na piękne sztuczne ognie – widziane już z okna autobusu.
NASZE SPOSOBY NA OSZCZĘDZANIE WE WŁOSZECH:
  • Na kempingu, zamiast zupek Knorra, jedliśmy (pyszne!) risotto od Knorra i Gallo
  • Ustalenie dziennego budżetu – u mnie to było ok 25 euro na osobę po odjęciu noclegów na kempingu – codziennie „aktualizowane”
  • Spanie na dziko
  • Kempingowanie
  • Kanapki robione w małych sklepikach. Tam, gdzie mają wędlinę i sery, można zapytać, czy robią kanapki na wynos. Jeśli robią, to są bardzo duże i powinny kosztować ok. 3 euro
  • Woda z miejskich wodotrysków z pitną wodą- takich we Włoszech jest masa (na Ischi nieco mniej), a całe przedsięwzięcie ułatwia zwijana butelka wielokrotnego użytku
  • Chodzenie pieszo i korzystanie z komunikacji miejskiej
  • Pytanie o wszystko
  • Tzw. vino sfuso czyli lane wino (do butelki po wodzie) w niektórych miejscach – pół litra przykładowo może kosztować 90 centów
  • Couchsurfing
  • Bilety jednodniowe, np. te na metro w Neapolu bardzo się opłacają
  • Darmowe atrakcje
SPOSOBY CZYTELNICZEK NA OSZCZĘDZANIE
  • Podobno na wyszukiwarce otel.com ten sam hotel może kosztować o połowę mniej niż na booking
  • Korzystanie z usług agencji Pass World, która wyszukuje atrakcyjne oferty
  • Wczesna rezerwacja biletów, również pociągowych
  • Samodzielne gotowanie i kupowanie tam, gdzie mieszkańcy
  • Pizza z pizzerii na wynos, żeby nie płacić za coperto
  • Spanie w samochodzie

Neapol

Z San Lazzaro odjeżdża „bezpośredni” autobus do Neapolu – w cudzysłowie, bo gdybyśmy nie zapytali kierowcy, który jechał do Castellammare, czy na pewno nie jedzie do Neapolu, nie dowiedzielibyśmy, że innego autobusu nie będzie, a w Castellammare musimy się po prostu przesiąść. Z Castellammare pojechaliśmy do najbliższej stacji pociągu Circumvesuviana, a stamtąd do Ercolano, gdzie chcieliśmy zobaczyć zniszczone przez wybuch Wezuwiusza miasto. Oboje byliśmy już kiedyś w Pompejach, ale chcieliśmy zobaczyć Ercolano, bo czytaliśmy, że jest o wiele lepiej zachowane od Pompei, co jest prawdą. Ercolano zwiedzałam z otwartą buzią. Wstęp ponad 10 euro – audioguida około 6– można się podzielić słuchawkami :) Potem poszliśmy pieszo do Portici, gdzie mieszkał nasz host z Couchsurfingu – nie było daleko, bo około kilometra. W Portici zjedliśmy o wiele lepsze i tańsze cuoppo niż w Amalfi.
GDZIE ZJEŚĆ PIZZĘ W NEAPOLU? Chciałam zrobić zestawienie, ale po trzech pizzeriach nie mam co się wypowiadać (lata temu byłam w kilku ale nawet nie znam ich nazw- nie przejmowałam się wtedy i jadłam tam, gdzie mnie zaprowadzono); To zbieg okoliczności, że dwie z pizzerii w których teraz byliśmy, znalazły się w tym moim artykule jako przez kogoś innego uznawane za najlepsze. Problem z pizzą w Neapolu jest taki, że każdy uważa tą, w której był, za najlepszą, ale czy porównałeś wszystkie? Jakie mamy kryteria? Czy w każdej pizzerii jadłeś tę samą pizzę (najłatwiej porównywać Margherite)? Rzucono mi masę adresów, a ja musiałam coś wybrać, dlatego wybór padł na a) Sorbillo, bo często o niej słyszałam, a nasz gospodarz wymienił ją jako pierwszą; b) Starita, bo nie tylko była mi polecana wcześniej, ale i pielęgniarka, która pobierała mi krew na placu Jezusa powiedziała, że mimo że niektórzy tej pizzy nie lubią, to ona tam uwielbia chodzić; c) 50 kalò to pizzeria uznawana przez naszego gospodarza za najlepszą w Neapolu. O tyle mu zaufałam, że nie tylko był w niemal każdej pizzerii w mieście, co ma nawet grupę znajomych, z którymi spotykają się na kosztowanie różnych ich rodzajów. Chciałam też pójść do słynnego Da Michele, ale przez to, że jest to miejsce znane głównie dzięki książce, której nie lubię, łatwiej było mi zrezygnować. Co z moich obserwacji wynika? Każda z piiz była pyszna, podobnie jak te z lokalów X (bo nie pamiętam nazw), gdzie byłam lata temu. Sorbillo ma (moim zdaniem) najlepszą Margheritę, bo sama mozzarella jest już p r o (fior di latte wymieszana z bufalą), a kosztuje jedyne 3,80. Wierzę też w to, że tytuł „najlepszej pizzerii” przychodzi falami. Teraz głośno jest o pizzerii Pepe in Grani w Caiazzo (prowincja Caserty). Za najlepszą ze wszystkich uznawał ją też nasz gospodarz.
Co prawda nasz gospodarz z Couchsurfingu był raczej zajęty – za dnia pracował, a na wieczór miał już plany (o czym wiedzieliśmy wcześniej), to i tak skorzystaliśmy z jego niesamowitej wiedzy. Nie tylko radził nam, co warto, ale też opowiadał bardzo szczegółowo o historii i sztuce Neapolu. Dzięki temu zrozumiałam warstwową budowę miasta i skrywane w murach tajemnice. Jednej nocy wracaliśmy z Neapolu do Portici razem samochodem, i po drodze pokazał nam gigantyczne graffittiportret Armando Maradony, które robi niesamowite wrażenie – na pewno o wiele większe niż jedyne we Włoszech dzieło Banksy’ego. Byłam już w Neapolu, dlatego pierwszy dzień to nie był szok i oswajanie się z miastem, tylko konkretne cele. Chciałam w te dwa dni zobaczyć to, czego nie widziałam wcześniej. Przeszliśmy się na spokojnie starym miastem i czatowaliśmy na otwarcie pizzerii Sorbillo. Otwarto o 12.00, my byliśmy może o 12.05 i zajęliśmy jedne z ostatnich miejsc. Pizza jest tu nie tylko wyśmienita, ale i tania, Margherita (na dobrej mozzarelli!) kosztuje jedyne 3,80 euro! Po obiedzie poszliśmy do podziemnego miasta – Napoli Sotterranea – wstęp kosztuje 10 euro, ale zwiedzanie z przewodnikiem jest naprawdę ciekawe, a po wyjściu z podziemi odkrywa się też nadziemny antyczny teatr wciśnięty między mieszkania… coś wspaniałego, a przy okazji bardzo typowego dla Neapolu. Drugiego dnia głównym punktem programu był dla mnie Castel Sant’Elmo i widok Neapolu z góry. Można tam pojechać kolejką linową, wstęp kosztuje 5 euro, i o ile samego zamku się nie zwiedza, to znajdująca się tam galeria neapolitańskiej sztuki współczesnej jest absolutnie warta uwagi. Później poszliśmy na cmentarz Le Fontanelle, gdzie wstęp jest darmowy (jeśli jakiś przewodnik próbował nas nagabywać, to mu się nie udało), a stamtąd już było blisko na obiad (choć na moment przed zamknięciem) do pizzerii Starita. Pizza jest tu dość droga i odrobinę inna od Sorbillo, bo troszkę mniejsza i lekko podniesiona, ale bardzo bardzo dobra. Czas do kolacji zagospodarowaliśmy na kolejne spacery (i wejście na Castel dell’Ovo– znów darmowe) i ostatnią pizzę zjedliśmy w pizzerii 50 kalò – również dość droga i bardzo dobra, ale bez okrzyków (może zmęczenie materiału). Kolejnego dnia jedliśmy w domu spaghetti z owocami morza kupionymi na targu w Portici. Ostatni spacer i powrót do Neapolu gdzie zrobiłam ostatnie zakupy w Feltrinelli i skąd pojechaliśmy na lotnisko Ciampino w Rzymie. Wylot mieliśmy o 7, więc spaliśmy pod lotniskiem (lotnisko Ciampino od 24.00 jest zamykane)- co mnie nie zdziwiło, bo już raz tak tam spałam, ale przynajmniej tym razem miałam wygodny materac.
GDZIE PRZEPŁACILIŚMY
  • Być może nie wykupując biletów całodniowych na autobus na Wybrzeżu Amalfitańskim, ale nie policzyłam tego
  • Nie pytając o cenę tam, gdzie nie była ona zapisana. W ten sposób zapłaciliśmy 10 euo za dwie kawy i dwa lody z lodówki w nieistotnym barze przy stacji kolejowej w Ercolano
  • Zamawiając coś, co w regionie nie jest bardzo typowe, np. Spritz Aperol na Wybrzeżu Amalfitańskim co prawda jest hojny, ale nawet cztery razy droższy niż to się zdarza na północy Włoch 

To nie koniec

  Niby 500 euro bez biletów i pokoju przez kilka dni to wcale nie tak mało, ale problem jest taki, że przemieszczając się, euro lubi się bezwiednie rozchodzić. Wystarczy jeden bilet na prom albo jedna atrakcja, żeby zjadł połowę dziennego budżetu, czy jedno porządne śniadanie przed wycieczką, żeby zjadło jego jedną czwartą. Zmęczony człowiek chętniej siada w knajpie i zamawia coś nawet jeśli przeczuwa, że w tym miejscu przepłaci. Będąc też w kilku różnych miejscach, mnożą się atrakcje, do których „trzeba” lub „wypada” wejść. Ja w każdym razie cieszę się, że zamknęłam się w kwocie jaką sobie postanowiłam – ostatecznie nie musiałam zrezygnować zbyt wielu rzeczy, a oszczędność przyczyniła się też do większej aktywności, pięknych krajobrazów i niepowtarzalnych chwil.

Ciao!

Mam na imię Natalia.
Nauczę Cię włoskiego w praktyce i bez cenzury!
Dołącz do mojego newslettera i bądź na bieżąco!
.

obserwuj