Od dawna chciałam napisać o największych problemach Włoch- kraju, który najczęściej opisuje się w samych superlatywach. Pisałam już o „problemikach”, rzeczach, za które Włochy można znienawidzić, był to raczej taki post z przymrużeniem oka. Szukając formy na ten artykuł myślałam o rzeczach, które sprawiają, że we Włoszech niekoniecznie chciałabym zamieszkać na stałe. Ostatecznie nazwałam go słownikiem, bo wprowadzam tu terminy, nie wszystkim znane, które te duże problemy opisują. Dodałam jeden termin (femminicidio), który nie jest powodem, dla którego miałabym się tam nie przeprowadzić, ale o którym dużo się mówi, sam termin warto znać, a przy jego okazji wprowadzam inny, bardziej historyczny, który być może ma jeszcze wpływ na włoskie społeczeństwo (kwestia dyskusyjna).
Terra dei fuochi
Jakieś siedem lat temu, pamiętam, w telewizji pokazywano zasypany śmieciami Neapol. Śmieci na ulicach: po prostu fizycznie nie było już gdzie ich odkładać. Śmieciarki przestały przyjeżdżać, żadne z możliwych rozwiązań nie zostało wcielone w życie przez leniwych, albo skorumpowanych, polityków, a sami Neapolitańczycy nie wiedzieli, co to recycling. Tyle zrozumiałam z tego okresu (crisi dei rifiuti), który, jak teraz czytam, trwał…15 lat (od 1994 do 2009).
Dopiero kilka lat później dowiedziałam się, że prawdziwy problem Kampanii, to nie śmieci na ulicach, ale pod ulicami. Obszar między Neapolem i Casertą, którego ten problem najbardziej dotyczy, nazywany jest Terra dei Fuochi (ziemia ognia, ziemia ognista). Często używa się tego terminu, aby porównać podobną sytuację w innych regionach, do tej najgłośniejszej. Terra dei Fuochi oznacza, że tworzone są nielegalne wysypiska, śmieci są palone, lub zakopywane. I nie chodzi o bylejakie śmieci, ale o odpady niesamowicie niebezpieczne: przemysłowe, toksyczne, nuklearne: rakotwórcze. Pamiętacie piosenkę Rocco Hunt, która mówi o strage dei rifiuti i aumenti dei tumori? To właśnie o tym.
Nie byłam świadoma problemu częstych zachorowań na raka (i na inne choroby) w Kampanii, dopóki nie opowiedziała mi o tym koleżanka z Avellino. Chorują członkowie jej rodziny, chorują (młodzi) przyjaciele. Teoretycznie obszar, na którym znajduje się Avellino, nie podchodzi bezpośrednio pod Terra dei Fuochi: ma te same problemy, ale i swoje własne. W mediach tę kotlinę nazwano La Valle dei Tumori, doliną nowotworów. Winne są fabryki, które wyrzucają szkodliwe substancje, ale przede wszystkim fabryka (Isochimica), która lata temu pozbyła się w nieregulowany sposób niesamowitej ilości azbestu (co najmniej połowa byłych pracowników jest chora, wielu nie żyje), i inna (Irm), która 10 lat temu spaliła na wysypisku miasteczka Monocalzati 8 tysięcy ton odpadów. Kilka lat temu w glebie zarejestrowano obecność środków chemicznych PCB (polichlorowane bifenyle) 5 razy wyższą niż doposzuczalne normy (na Wikipedii czytamy, że te związki powodują nowotwory, choroby układu immunulogicznego i nerwowego, uszkodzenie wątroby, bezpłodność), a w powietrzu, również 5 razy wyższą niż dopuszczalne normy, obecność benzopirenu.
Podobne problemy dotyczą wielu innych regionów, a winną wielu z przyczyn tych katastrof ekologicznych jest inny wielki włoski problem- mafia.
Problemy z zanieczyszczeniem środowiska we Włoszech nie musi dotyczyć jedynie fenomenu Terra dei Fuochi.
Kilka miesięcy temu odwiedzałam rodzinę chłopaka w Veneto i po raz pierwszy zostałam powstrzymana przed nalaniem sobie szklanki wody z kranu, a w lodówce pojawiły się butelki wody mineralnej (normalnie uważanych za wyrzucanie pieniędzy w błoto). Niedawno wyszło na jaw, że fabryka z Trissino produkująca garnki i tkaniny, wyrzucała do wód gruntowych substancje (perfluoroalkoksy, PFA) używane do impregnacji materiałów. Mieszkańcy regionu, którzy od lat codziennie pili wodę z kranu, teraz mają wysokie stężenie tej substancji we krwi, co naraża ich na wysoki cholesterol, nadciśnienie, zmiany w poziomie cukru, patologię tarczycy, a w rzadszych, na szczęście, przypadkach- raka jąder lub nerek.
Ponad dwa lata temu pisałam też o białych plażach Rosignano: w przypominającej mleko wodzie, pełnej wapnia, arszeniku i rtęci, kąpie się co roku masa tyrustów. Zakazu kąpieli jako tako nie ma (przeczytałam, że taki zakaz powstałby, gdyby do wody trafiały odpady miejskie), fabryka Solvay nadal wrzuca do wody co chce, a wśród okolicznych mieszkańców notuje się wzrost zacharowań na raka.
Terremoti
Trzęsienia ziemi to jeden z tych czynników, przez które zastanowiłabym się 10 razy, zanim wybudowałabym we Włoszech dom. Notuje się ich ok 1300 rocznie, z których 60 jest „znaczących”, a 20 – silnych. Miasto Aquila, ofiara silnego trzęsienia ziemi w 2009 roku, nadal nie zostało odbudowane, a dzieci urodzone po tej katastrofie, nie wiedzą, co znaczy żyć w prawdziwym mieście. Niektóre gazety mówią, że Aquila to nadal città fantasma. To termin, który można użyć mówiąc o co najmniej tysiącu włoskich miast- opuszczonych, najczęściej z powodu zniszczeń po trzęsieniu ziemi.
Mieszkając w Udine, co kilka dni czytałam, że w nocy, lub nad ranem, w okolicy były wstrząsy (sama nigdy ich nie czułam). Poznałam też mężczyznę, który „urodził się podczas trzęsienia ziemi” w 1976 roku. Po tej dacie przynajmniej zaczęto budować domy i bloki używając specjalnych zabezpieczeń i mieszkanie we Włoszech (w tym przypadku region Friuli) staje się, pod tym względem, bezpieczniejsze.

Widok na Poggioreale, Sycylia
Femminicidio
W Polsce słowa kobietobójstwo nie słyszałam chyba nigdy, we Włoszech natomiast używa się go, szczególnie ostatnio, bardzo często w przeróżnych kampaniach, artykułach i raportach. Kiedy wpisuję w Google Polska kobietobójstwo, to pierwsze wyniki informują mnie o zbrodniach w Meksyku, a starając się dowiedzieć, ile kobiet jest zabijanych rocznie w naszym kraju, pierwsze wyniki wyszukiwania podpowiadają mi ile zwierząt zostało zabitych, albo ile dokonuje się aborcji (sic!). W końcu się dowiaduję- ok 150 rocznie (albo nawet 500). Nie piszę o tym dlatego, że we Włoszech problem jest większy, niż w innych krajach – wręcz przeciwnie, Włochy w statystykach są poniżej europejskiej średniej (około 150 rocznie).
Piszę o tym dlatego, bo po pierwsze jest to termin, który we Włoskich mediach funkcjonuje, a u nas nie- więc żebyście wiedzieli. A po drugie, jak w polskiej prasie czytam więcej o przypadkach zabójstw wskutek przemocy domowej, tak we Włoszech trochę częściej słyszę o zabójstwach z motywem. A tym motywem jest nadal bardzo często zdrada, jeszcze częsciej- odejście partnerki, koniec związku. A to już zakrawa o coś, co we Włoszech nazywa(ło) się delitto d’onore.
Delitto d’onore oznacza zabójstwo honorowe, w afekcie. Kiedyś, według włoskiego prawa, jeżeli ktoś zabił matkę, żonę, lub córkę, bo np. ta miała kochanka, i tym samym splamiła honor rodziny, albo jeśli ktoś zabił również/lub samego kochanka, dostawał on najniższy wymiar kary. Usprawiedliwiało go, że działał w furii, pod wpływem złości, nello stato d’ira. Istnieje zresztą świetna komedia z lat ’60, gdzie bohater (w roli Marcello Mastroianni), zamiast się rozwieść ze swoją żoną…postanawia ją zabić. Czemu nie woli się rozwieść? Bo do 1970 roku rozwody we Włoszech nie istniały! Sama komedia jest oczywiście zabawna, ale sama sprawa zabawna nie jest, tym bardziej, że delitto d’onore zostało zniesione dopiero w 1981 roku! To oznacza, że dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie wychowali się w kraju, gdzie takie zbrodnie były „w miarę dopuszczalne”.
Pomijając fakt, że po dziś dzień mamy do czynienia z wieloma tragediami, których motywy są bardzo podobne do tych, które pchały do zabójstw 40 lat temu, delitto d’onore obecne we włoskim prawie tak długo, według niektórych, wpłynęło na sposób, w jaki dzisiaj się traktuje zabójstwa kobiet i na sposób, w jaki się o nich mówi we włoskich mediach.
Jeżeli chcecie pogłębić temat, a przy okazji poczuć się, jak na włoskim uniwersytecie (te meble i ten ton głosu mówiącego przez mikrofon, mam wrażenie, że znajdziemy na wszystkich włoskich fakultetach), zostawiam Wam nagranie z tego seminarium:
Motyw delitto d’onore pojawia się w tej rozmowie z sycylijskim małżeństwem, z lat ’70. Rozmowa jest ciekawa, ale również na swój sposób przerażająca.
Disoccupazione
Bezrobocie we Włoszech jest wyjątkowo wysokie, jeśli porównamy sobie z całą Unią Europejską (ponad 11%). Ale nie na same słówko disoccupazione chciałabym dać nacisk, ale na i giovani NEET. Z angielskiego not in employment, education or training, czyli młodzi, którzy ani nie pracują, ani się nie uczą. W Polsce też zaczyna się odwoływać do tego angielskiego skrótu, ale na przykład strony na Wikipedii po polsku nie znajdziemy, po włosku już tak. We włoskim funkcjonuje rownież nazwa zwłoszczona: né-né (né lavoro, né formazione). Nic dziwnego zresztą, skoro we Włoszech jest najwyższy odsetek takich młodych ludzi w Europie: to 27,4% między 15 a 34 rokiem życia, wyprzedza ich tylko Grecja.
Mimo wszystko Alessandro Rosina podczas konferencji TEDx opowiadał o tym, że Włochy to…mimo wszystko kraj dla młodych ludzi. Tak naprawdę, to opowiada o tym, dlaczego młodzi Włosi są „lepsi” niż to, co się o nich mówi. Nie tłumaczy jednak, jakie są zasługi samego kraju, lub jakie powody, dla ktorego młodzi nie powinni wyjeżdżać :) Mimo wszystko to pozytywny akcent, którym zakończę ten niesamowicie długi wpis!
[mailerlite_form form_id=2]


