Jednym z największych problemów, z jakim musiałam się zmierzyć po powrocie z Włoch do Polski, jest niedostępność programu na mtv Il Testimone poza włoskimi granicami kraju. To znaczy, nadal się z nim mierzę. Właśnie z radością odkryłam na youtubie jakiś odcinek (niestety jedynie dwa, trzy) którego wcześniej nie widziałam, i wystosowałam w danej sprawie jednozdaniową prywatną wiadomość na facebooku do samego Pifa. Czekając na jego odpowiedź, nel frattempo, przyszło mi poszukać czegoś inspirującego i poszerzającego moje włoskie horyzonty w polskich granicach. I tak wpadła mi w ręce po raz pierwszy La Rivista, przy której lekturze świetnie się bawiłam, nauczyłam kilku ciekawych rzeczy (na przykład o znaczeniu i pochodzeniu tańca tarantella, nigdy wcześniej jakoś mnie ten temat nie zainteresował), i która zainspirowała mnie do dorzucenia moich trzech groszy do poruszanego tematu, jakim jest magia (choć u mnie bardziej religia) we włoskiej kulturze.
Poza jednym razem, gdy mama mojej neapolitańskiej koleżanki wróżyła mi z neapolitańskich kart (w sumie, to odgadła kilka rzeczy: bycia dobrym psychologiem nauczyła ją mama na łożu śmierci i tak samo ona ma zamiar nauczyć tej sztuki córkę Marię na niedługo przed własną śmiercią), nie miałam styczności z włoską magią czy przesądami. Nawet z samą religią niewiele, bo w życiu Włochów jakich poznałam, religii nie ma zazwyczaj prawie wcale i o tym, czym jej praktykowanie różni się od tego w Polsce, nie wiem właściwie nic.
Raczej obserwuję absurdalne mieszanie się religii z kiczem, wyznania z równoczesną jego profanacją, wszystko to na porządku dziennym. Symbolicznie mogłabym opisać te kontrasty za pomocą prostego obrazka: w Udine dźwięk kościelnych dzwonów jest tak samo częsty i natrętny jak bestemmie porco dio!, czy inny pies.
Czytając magazyn przyszły mi na myśl miejsca, fakty, ciekawostki, a nawet filmy, w różny sposób związane z tym jesiennym, trzynastym już, wydaniem, którymi chciałabym się z wami podzielić.
Na stronie 27ej w La Rivista wspomina się o kostnicy kościoła San Bernardino alle Ossa w Mediolanie, przy czym przyszły mi na myśl katakumby kapucynów, które znajdują się w Palermo. Spacer po nich to dopiero prawdziwy danse macabre, tysiące zmumifikowanych pań i panów, często w garniturach, liczących sobie już wieki, stoi obok, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Kiedyś do takiego cmentarza schodziła się rodzina zmarłego, zbierała się przy nim, mówiła do niego, dbała o jego wygląd i strój. Legenda mówi, że jeden z kapucynów, Padre Bernardo da Corleone, w nocy schodził do katakumb, a mumie opowiadały mu o modlitwach i prośbach, jakie słyszeli od żywych odwiedzający ich za dnia. Ten przekazywał je Madonnie, by mogła czasem sprawić jakiś cud. Mówiono też o mumiach kapucynów, które można było zobaczyć spacerujące po ulicach miasta.
sicilytravelling.com
Zaraz przy wejściu do katakumb znajduje się imponujące wejście na cmentarz. Nigdy nie widziałam czegoś takiego: takiego nagromadzenia kiczu. Co (oczywiście) smutne, można tam zobaczyć wiele nagrobków osób młodych, nastolatków. A na nagrobku śmieci, przeróżne przedmioty, coś na podobieństwo grobu Morrisona (taki może był zamiar?), tylko więcej, brzydziej. Jako że nagrobek jest mały i niewiele się na nim mieści, rodzina i przyjaciele, wygospodarowują sobie miejsce również na pobliskich drzewach, wieszając zdjęcia zmarłej, nierzadko z buzią w dzióbek i z butelką alkoholu w ręce. Rodzice wieszają zdjęcia swoich dzieci z listami pożegnalnymi, w których pełno jest najstraszniejszych błędów ortograficznych. Balony, wstążki, jeszcze więcej listów z jeszcze większą ilością błędów, wszystko, co sprawia, że można poczuć się jak na odpuście. Na poniższym zdjęciu bardziej niż nagrobek Pio La Torre (polityka zamordowanego z rąk mafii), chciałam uchwycić ten powiewający na wietrze, kolorowy napis SERENA. To tylko maleńki wycinek tego, co można zobaczyć na tym cmentarzu, a sama też nie chciałam nikogo obrazić nachalnym robieniem zdjęć.
W Neapolu nie tylko wróżono mi z kart (kilka miesięcy później kolega Neapolitańczyk również próbował na mnie kartomancji, ale zdawał się być mniej profesjonalny), ale podarowano mi również czerwony róg, graficzny symbol jesiennej La Rivisty. Wiedziałam, że to un portafortuna (amulet przynoszący szczęście), nie wiedziałam tylko, że powszechny w tak wielu regionach Włoch. Powiedziano mi też, że ma moc tylko wtedy, gdy zostanie komuś sprezentowany, nie ma sensu go sobie kupować. Ostatecznie dla mnie był to tylko un portachiavi (breloczek do kluczy), który w końcu połamałam miętosząc go zbyt mocno w kieszeni.
O neapolitańskiej interpretacji snów, przypisywania im numerów, które później można użyć do gry w totka, można przeczytać w ciekawym artykule na stronie 136 (La Smorfia czyli magia skatalogowana), a mi się przypomniało jeszcze o jednej magicznej ciekawostce związanej z Neapolem: kilka razy do roku skrzepnięta krew lokalnego patrona upłynnia się. San Gennaro to patron Neapolu, którego relikwie, m.in. krew we fiolkach znajduje się w Duomo di Napoli a kilka razy do roku dokonuje się na niej (przy intensywnej modlitwie wiernych) il miracolo di San Gennaro, czyli jej przejście ze stanu krzepkiego w płynny.
Italia przed paranormalnym (i głupotą) musi się bronić, dlatego ma aktywnie działającą organizację CICAP (Comitato Italiano per il Controllo delle Affermazioni sulle Pseudoscienze), która, z pomocą nauki, zajmuje się rozwiązywaniem mistycznych zagadek. O świętym Januarym piszą, że jeśli nie jest postacią całkowicie legendarną, to jest nią prawie całkowicie. O krwi natomiast, że jest to w rzeczywistości mieszanka substancji tiksotropowych, czyli takich, które mają właściwość przechodzenia ze stanu krzepkiego w płynny przy wstrząśnięciu, i powracają w stan krzepki pozostawione bez ruchu (jak ketchup na przykład). Nic nie wiadomo na pewno i spekulacje trwają, a substancja pozostaje wróżbą na przyszłość dla wiernych neapolitańczyków (jak krew szybko się upłynni, to wszystko będzie dobrze).
Znanym większej rzeszy ludzi jest Padre Pio (La Revista, str. 82), tak jak jego przypadki. Przypomina mi się odcinek Il Testimone, w którym Pif wsiada do autobusu, który wiezie wiernych do San Giovanni Rotondo. Pielgrzymka zamienia się w imprezę z noclegiem i potańcówką, rankiem kolejnego dnia trzeba jednak uczestniczyć w sprzedaży cudownych (jak stygmaty Pio) garnków. Możliwe, że biznes wokół tej postaci nie opłaca się jedynie tym, którzy produkują breloczki z jego wizerunkiem, nie tylko bułki piekarni z poniższego zdjęcia lepiej się sprzedają, ale (lub przede wszystkim) i kościół na tym korzysta. Jak pisze Mario Guarino w książce Santo Impostore:
Za życia Kościół oficjalnie nazwał go oszustem. Po śmierci został natychmiast beatyfikowany i w rekordowym tempie kanonizowany. Kolejny, pośmiertny, cud Ojca Pio? Nie: rzeka miliardów [euro] pochodzących z legendy o cudownym zakonniku, ogromny business, który zmył oszustwo i wyniósł zakonnika z Pietralciny do świętości. Kościół Rzymski, zredukowany do jedynego w swoim rodzaju „przemysłu dusz”, jest już oddany jedynie Bogu Pieniądzu. [tłum. własne]
Na pewno łatwiej niż sztuczki Ojca Pio, łatwo było Pifowi z Il Testimone odgadnąć paranormalne zdolności pewnej pary z Toskanii. W swoim reportażu Pif pokazał, jak do domu tej pary przychodzą ludzie z kasetami z nagraniami (nie pamiętam dokładnie czego, chyba ich prób rozmów ze zmarłymi), oni te kasety odtwarzają ale od końca i interpretują zniekształcone „słowa ducha”. Nie można uwierzyć, jak bardzo na poważnie ta para bierze całą sprawę.
Jeśli już jesteśmy tak bardzo przy religii we Włoszech, to polecam film L’ora di religione (reż. Marco Bellocchio). Średnio przetłumaczony tytuł na polski bo l’ora di religione to nie „czas religii ” tylko „lekcja religii”, tak ten „przedmiot” jest nazywany we włoskich szkołach. Film niełatwy, pełen symboli, który w ciekawy sposób opowiada o paradoksach wyznania i ludzkim zakłamaniu. Jest tam też znana bardzo scena wykrzykniętej głośno bestemmi w nieoczekiwanym momencie.
A przy okazji filmów, na stronie 59ej magazynu, wspomniane zostały Czerwone Brygady (Brigate Rosse), jeśli chcecie pogłębić temat, to polecam mocny film, tego samego zresztą reżysera, Buongiorno, Notte o porwaniu polityka Aldo Moro przez Brygady.
Na koniec nie mogę nie wspomnieć, że (również paradoksalnie?) religia miesza się też z samą mafią. Ma ona swoje 10 przykazań, a podczas ceremonii chrztu korzysta się z wizerunków lokalnych patronów i Matki Boskiej. Ale o samej mafii będzie kiedyś więcej w oddzielnym artykule.
Za inspiracje mogę podziękować La Riviście (wpis niesponsorowany), było to dla mnie ciekawe doświadczenie grania w skojarzenia podczas miłej, w tym wypadku magicznej, bardziej niż mój wpis, lektury ;-)


