W tym miesiącu mija rok od kiedy odeszłam z etatu i postanowiłam wszystko postawić na Włoskielove. Chcę o tym opowiedzieć, bo wszystko zaczęło się od blogowania, a blogowanie polega głównie na pomocy i inspirowaniu innych. A wiem, jak bardzo tego typu treści były mi wsparciem i pomocą zanim podjęłam pewne decyzje.
Na początek kilka faktów: Włoskielove prowadziłam hobbistycznie od 2014 roku, czyli od roku, w którym skończyłam studia. Później pracowałam w wielu miejscach. Włoskielove było moim hobby po pracy, a de facto drugą, niedochodową pracą. Myślałam, że będę się rozwijać zawodowo, a z Włoskielove będę mieć ewentualnie kiedyś na waciki, ewentualnie kiedyś drugą pensję. W pewnym momencie stwierdziłam jednak, że mam za dużo pomysłów i za mało czasu, a na etacie ten czas zwyczajnie tracę. W 2017 miałam już prawie cały napisany pierwszy e-book. Odeszłam z etatu, wyjechałam na ponad dwa tygodnie do Włoch, a po powrocie wypuściłam interaktywne repetytorium leksykalne Włoski z Życia Wzięty -Guida Pratica.Od czego zaczęłam i czy miałam plan?
Niech to będzie jasne: zaczęłam w 2014 tworzyć miejsce, do jakiego sama, jako uczennica, chciałabym przychodzić. Robiłam wszystko intuicyjnie, a wszystkiego, co było mi potrzebne, uczyłam się w praktyce (WordPress, social media, marketing itp.). Punktem przełomowym były trzy miesiące, kiedy nie pracowałam, poszukiwałam nowej pracy. Wtedy miałam czas na to, aby zabrać się za to, co powinnam była robić od samego początku: tworzenie listy mailingowej (newsletter). Wyobrażałam sobie, co będzie jeśli Facebook trafi szlag. Wyobrażałam sobie, jakby to było, gdybym chciała sprzedać jakiś produkt. Odpowiedzią na te zagwozdki jest Newsletter. Skorzystałam z wolnego czasu, aby stworzyć tzw. lead magnet, czyli listę narzędzi do nauki włoskiego online, aby zapis na moją listę był bardziej atrakcyjny. W tym samym czasie zaczęłam pracę nad moim pierwszym e-bookiem. Znalazłam pracę, którą lubiłam tylko przez chwilę. Po pracy, w weekendy i w chorobie pracowałam nad e-bookiem (i nieustająco nad samym blogiem). Byłam już bardzo blisko końca, myślałam, że będę kontynuować etat, a e-booka wydam przy okazji i zobaczę jak pójdzie sprzedaż. Ale w pracy nie byłam najszczęśliwsza, a dodatkowo czułam, że czytelnicy są zaangażowani, czekają na repetytorium, a mnie w głowie zbierają się tylko kolejne pomysły. Myśl o odejściu z pracy i zajęciu się tylko blogiem siedziała we mnie bardzo długo, ale też długo nie brałam jej na poważnie.Łączenie etatu z blogiem, a potem z e-bookiem wiązało się z ograniczeniami. Jeżeli się czegoś uczyłam, to było to związane z działalnością online, nie miałam innych hobby, nie chodziłam na kurs językowy, nie uprawiałam regularnie sportu. Przez długi czas po odejściu z etatu jeszcze było podobnie, nie czułam się gotowa na oddanie części tygodnia innym zajęciom, dopiero sprawdzałam, jak jestem w stanie się zorganizować. Z czasem to się zmieniło, najpierw zapisałam się na lekcje tureckiego, z czasem na dwa zajęcia sportowe w tygodniu. Poza tym, że to jest po prostu dobre, to dochodzi taka prawda, że jeśli twoje hobby staje się twoją pracą, to musisz sobie znaleźć nowe hobby.
Praca nad e-bookiem nie zaczęła się od jasnego, genialnego pomysłu. Najpierw myślałam, że to będzie to darmowy zbiór moich starych wpisów z ćwiczeniami. Później mój pomysł urósł do sporych rozmiarów.
- Wtedy zrobiłam to, co najważniejsze, czyli zapytałam czytelników o zdanie. W ankiecie zapytałam co myślą o moim pomyśle, na jakie tematy chcieliby czytać w repetytorium, oraz ile by mogli zapłacić za podobny produkt
- Stworzyłam listę rozdziałów
- Zaczęłam pracę nie od pustej kartki, ale od tego, co miałam, czyli od już gotowych tekstów z bloga, które poprawiłam i rozszerzyłam
- Stworzyłam listę mailingową oczekujących na e-book. Czasem pisałam na jakim etapie jestem, pytałam o zdanie w sprawie grafik i tematów.
- Gotowe rozdziały wrzuciłam do Canvy i tam, na żywca, tworzyłam ćwiczenia do danego rozdziału
- W między czasie zorientowałam się, że planuję zbyt dużo rozdziałów, i że powinnam skupić się na jednej części, a drugą ewentualnie wypuścić później (nie powstała do dziś)
- Wydrukowałam na zwykłej drukarce jeden z gotowych rozdziałów i zorientowałam się, że Canva się do tego nie nadaje, bo grafiki drukują się krzywo
- Pisałam brakujące rozdziały
- Przeniosłam rozdziały do Illustratora, gdzie stworzyłam również ćwiczenia. Te, które już miałam w Canvie- kopiowałam, inne tworzyłam już bezpośrednio tam
- Chłopak powiedział, że wszystko ładnie, ale brakuje kolorów, zaczęłam więc dodawać kolory, pogrubiać słówka itp.
- Trzy moje czytelniczki dostały do recenzji rozdział o macierzyństwie i dzieciach. Dzięki nim nie tylko rozszerzyłam słownictwo, o takie, które nie przyszło mi do głowy, ale też wprowadziłam ich sugestie techniczne
- Wydrukowałam całość w dwóch kopiach, abym mogła nanieść poprawki, jedną kopię dostała dwujęzyczna koleżanka, później czytał Włoch
- Całość, ale partiami, wprowadziłam do programu PDFescape, w którym dodałam interaktywne pola
- Potrzeba poprawek przychodziła czasem już po tym, jak dodałam interaktywne pola. Wtedy musiałam cały rozdział obrabiać od nowa
- Stworzyłam okładkę, na początku bardzo basic, ale po negatywnych opiniach czytelników podeszłam do sprawy na poważnie. Zrobiłam sobie z chłopakiem mini sesję i odpaliłam Photoshopa
- Skleiłam wszystko razem, dodałam wstęp
- Podpięłam sklep na stronie, wystartowałam ze sprzedażą
- Po kilkudziesięciu sprzedanych egzemplarzach okazało się, że pola interaktywne nie działają tak, jak powinny. Okazało się, że plik stworzony w Illustratorze nie hula z programem PDFescape. Wykorzystałam darmowy trial programu Adobe i od nowa zrobiłam interaktywne pola do całej książki. Przy okazji odnalazła się jakaś brakująca strona. Poziom mojego stresu sięgnął wtedy zenitu
Czego się najbardziej obawiałam?
Mogłabym powiedzieć, że bałam się, że e-book się źle sprzeda, bo to by oznaczało, że mój cały projekt Włoskielove jeszcze nie jest na takie rzeczy gotowy. Że przeceniam swoje możliwości i potencjał społeczności. Tylko, że ja nie miałam wyobrażenia, co miałoby wyznaczać złą sprzedaż. Mimo wszystko traktowałam ten e-book jako test, chciałam zobaczyć dopiero, co jest moją możliwością, jaki mam potencjał. Na podstawie osiągniętych efektów mogłam dopiero budować kolejny plan. Więc w sumie to chyba niczego się nie bałam. Może tego, że się rozleniwię, że nie będę w stanie wystarczająco szybko tworzyć kolejnych produktów, żeby się utrzymać? Chyba nie. Podjęłam decyzję o odejściu z etatu, kiedy zorientowałam się, że nie mam czego się bać. Byłam też dobrej myśli, bo zaangażowanie wokół Włoskielove było w tamtym czasie naprawdę duże.Nie miałam rodziny do wyżywienia, ani kredytu do spłacenia. W takiej sytuacji pewnie zadziałałabym inaczej, wtedy pewnie miałabym się czego bać.
Czy miałaś już dochód z pisania? Zdarzały mi się płatne zlecenia związane z blogiem, ale bardzo sporadycznie. Większość ofert odrzucałam i odrzucam, bo nie są opłacalne. Czyli jeśli ktoś się zastanawia, czy miałam już konkretny dochód z blogowania przed podjęciem decyzji o odejściu z etatu, to odpowiedź brzmi: nie. Swoją drogą szybko zrozumiałam, że nie warto rozmieniać się na drobne i często bardziej opłaca się przyłożyć do własnych treści niż czytać cudzą książkę (czasem fatalną!) za trzy darmowe egzemplarze na konkurs.
Jakich błędów nie popełniać?
Błędem byłoby nie zrobienie tzw. badania rynku, czyli sprawdzenia, czy na mój pomysł jest popyt. Błędem byłoby postawić wszystko na jedno źródło przychodu. Tak zwana dywersyfikacja przychodów daje wewnętrzny spokój. Ja na początku miałam uczniów, produkty fizyczne w sklepie Cupsell i e-book, dzisiaj lista jest dłuższa. Błędem byłoby rzucenie etatu bez poduszki finansowej, albo bez gotowego produktu, albo bez alternatywnego przychodu. Mój produkt był już na takim etapie zaawansowania, że wiedziałam mniej więcej, kiedy mogę go zacząć sprzedawać. Dodatkowo miałam alternatywny przychód, czyli lekcje indywidualne. Gdybym postanowiła odejść na jednym z pierwszych etapów pisania repetytorium, mogłoby się okazać, że praca nad nim jest bardziej czasochłonna niż mi się wydawało. Błędem byłoby trzymanie mojego projektu w tajemnicy. Listę zainteresowanych zaczęłam zbierać na wiele miesięcy przed wypuszczeniem e-booka. Ten czas był już jego swoistą promocją, a dla mnie wiadomością zwrotną, czy idę w dobrą stronę.Niektórzy radzą, aby potencjał produktu wypróbować sprzedając go, zanim się pojawi. Czyli uruchomić sprzedaż, obiecując klientom, że produkt pojawi się za x miesięcy. To spoko pomysł, ale gdybym to zrobiła z e-bookiem, pewnie bym umarła ze stresu. Nadal tak do końca nie robię. Ale sprawdzam swoje pomysły w ten sposób, np. pomysły warsztatów online. Jeżeli zapisze się x osób, pracuję nad kursem. Jeżeli nie, kurs nie powstanie, a pieniądze tych, którzy zapłacili, zwracam. W ten sposób na przykład dowiedziałam się, że nie ma sensu organizować warsztatów dla maturzystów, bo nie znalazło się wystarczająco wielu chętnych gotowych zapłacić za taką usługę. Dzięki temu nie pracowałam nad nieopłacalnym projektem.
Jak zarządzam czasem pracy i wolnym od pracy?
Dzisiaj moja praca polega na udzielaniu lekcji indywidualnych i konsultacji, tworzeniu elektronicznych materiałów dydaktycznych (e-booków), prowadzeniu warsztatów online, czy webinarów. W czas pracy wchodzi też wszystko to, co nie jest komercyjne: pisanie wpisów na bloga, zarządzanie Fanpage, wysyłka newslettera, zarządzanie grupami na Facebooku (w tym pomoc językowa ich członkom), wyzwania i live’y na grupach i na Fanpage. To sporo i wiem, że niektórzy się zastanawiają jak to ogarnąć. Po pierwsze, uwaga: nie robię wszystkiego naraz. Osią moich działań są sprawy, do których się zobowiązałam, czyli przede wszystkim zajęcia indywidualne. Dopiero obok dobieram zajęcia dodatkowe, czy to tłumaczenie, które mi wpadło, czy praca nad e-bookiem, który zaczęłam, czy webinar, jeśli taki wymyśliłam. Znowu, nie mam konkretnego planu, że w tym miesiącu zrobię to, to i to. Mam pomysły i widząc moje zobowiązania na dany miesiąc, moją dostępność i wewnętrzną gotowość, decyduję co zrobię i kiedy mniej więcej. Wtedy planuję pracę.Siedzę nad jakimiś kursami e-learnig, e-commerce, WordPress, siedzę między przygotowaniem zajęć a lekcjami, w weekendy… też poświęcasz wolny czas na takie rzeczy? A może na początku zlecałaś komuś takie zadania póki to się nie rozkręciło? Wszystko co mogłam, szczególnie na początku, robiłam sama. Z oszczędności do dziś prawie wszystko robię sama (wyjątkiem była grafika do ostatniego e-booka). Nie uczę się niczego na zapas, jeśli czegoś potrzebuję, to wtedy się tego uczę. Jeżeli można pójść na skróty i zrobić coś prościej (choć nieidealnie), to wybieram tę drogę. Niemal wszystkiego, co jest mi potrzebne dzisiaj do pracy, nauczyłam się w czasie studiów, albo przez 3 lata prac na etacie (pracowałam głównie w mediach internetowych, skończyłam szkołę graficzną). Wychodzę z założenia, że najważniejsze jest działanie, a nauka obok. Potrzeba matką wynalazków – jeśli będziemy chcieli coś udoskonalić, znajdziemy sposób. Jeśli nie, to po co grzebać przy czymś, co działa? To nie znaczy, że w ogóle się nie uczyłam i nie uczę. W wygodny i szybki sposób uczę się i inspiruję słuchając podcastów: Po Nitce Ariadny Pani Swojego Czasu Mała Wielka Firma Jak Oszczędzać Pieniądze Zarabiaj jako bloger Oraz nie podcasty: Po Sukces Na Szpilkach Video, live, podcast by Teacherka LifeManagerkaMam kilka fundamentów organizacji swojej pracy. Najważniejsza i najmądrzejsza rzecz, jaką zrobiłam, to podzielenie tygodnia na czas pracy z uczniami i czas na „świat online”. Uczę od poniedziałku do środy, dzięki czemu dysponuję czwartkiem i piątkiem na dodatkowe projekty, np. na poprawianie prac z warsztatów pisania (mogę wtedy też wyjechać na długi weekend!). To nie znaczy, że od poniedziałku do środy nie robię nic innego, nie mam aż tak wielu uczniów. To dni, kiedy bez spiny robię małe rzeczy: przed lekcjami, lub między nimi. Piszę post, robię jakąś grafikę, załatwiam sprawy administracyjne, robię stronę lądowania, wrzucam posty na FB. Czwartek jest moim dniem rezerwowym, czyli mogę wtedy odrobić lekcje, jeśli wypadły. Czasem robi się z tego pełen dzień pracy, więc muszę uważać, żeby w czasie odwołanej lekcji zrobić coś pożytecznego. W ogólnym rozrachunku daje to każdemu komfort, a dodatkową zaletą jest to, że jeśli gdzieś lecę i lot powrotny jest w poniedziałek, to wystarczy przesunąć poniedziałkowe lekcje na czwartek i nie tracę dnia pracy!
Planuję na karteczkach, w notesie, czasem po turecku (bo tak naprawdę, to nie mam dużo czasu na jego naukę). Wiem, że jest wiele fajnych apek i programów do planowania, ale mnie jest tak wygodnie. W kalendarzu miesięcznym mam ogólny zarys co bym chciała kiedyś zrobić, więc pod to planuję poszczególne dni. Nie jestem bardzo dobra w planowaniu, ale mam zasadę, że jak już zaplanowałam, to robię. Chyba, że mi się odwidzi, albo coś innego wyskoczy, wtedy nie robię. Na szczęście rzadko to jest kwestia życia i śmierci.
Na początku tego roku założyłam, że pierwsze dwa, trzy miesiące skupię się na pracy nad kursem online i e-bookiem, a oprócz lekcji nie będę miała żadnych większych prac. Udało mi się to prawie. Faktycznie pracowałam tak, jak sobie zaplanowałam (czwartek i piątek + trochę weekendu na prace nad produktami). Napisałam praktycznie cały kurs, napisałam i wydałam e-book. Ale zajęło mi to dłużej niż sobie życzyłam. Już jest lato, wymyśliłam nowe małe projekty, wznowiłam warsztaty pisania. Świat się nie zawali, jeśli odłożę pracę nad kursem. Pod warunkiem, że odłożę ją na rzecz czegoś pożytecznego, a nie oglądania seriali.
Jak zarządzasz urlopami, dniami wolnymi? Zazwyczaj z wyprzedzeniem wiem, kiedy gdzieś wyjadę, kiedy potrzebuję wolnego weekendu, tygodnia, tygodni. Można by więc powiedzieć, że zaczynam planowanie od wakacji, i to pod nie dostosowuję pracę. Szczerze mówiąc nie wiem, czy da się inaczej, wydaje mi się to całkiem logiczne. W końcu wakacji w skali roku mamy mniej niż pracy, łatwiej rozplanować pracę dookoła dni urlopowych, niż upychać dni urlopowe w zaplanowaną pracę. No i praca nie ucieknie, a długie weekendy, tanie bilety i dobra pogoda – tak. P.S. Jasne, zdarza się, że pracuję w weekendy. Rzadko jest to pełen dzień pracy, ale jeśli coś mogę akurat zrobić, a oszczędzi mi to czasu w tygodniu, to czemu nie. P.S.2 Staram się wypoczywać dość aktywnie, dzięki temu regeneruję się znacznie lepiej, a także odcinam się od mojego miejsca pracy, którym jest mój salon.
Rady dla nauczycieli
- Jeżeli lekcje to twój główny dochód i to one mają dawać ci stabilność zadbaj, aby mieć lekcji odrobinę więcej, niż ci potrzeba: zawsze się zdarzy, że ktoś nie przyjdzie raz, albo więcej, albo w ogóle zrezygnuje
- Jeżeli trudno ci znaleźć uczniów na stałe, albo masz do wypełnienia lukę bo np. w szkole językowej są wakacje, proponuj krótkoterminowe pakiety, np. miesiąc konwersacji
- Możesz się bać lekcji na skype (ja się bałam), ale warto spróbować. Technika może trochę zawieść, ale świat się nie zawali. Tak naprawdę, to (gdyby coś poszło nie tak) nie trzeba się nawet widzieć, wystarczy się dobrze słyszeć – zadbaj o mikrofon
- Miej jakąś umowę (może być słowna), która daje ci minimum pewności dochodu – płatność z góry, odrabianie odwołanych lekcji, brak zwrotu za lekcję odwołaną tego samego dnia – dopasuj coś do siebie
Czy warto było?
Trudno mi powiedzieć, czy pracuję mniej niż na etacie, nie liczę tego, nie chcę. Na pewno mam ten komfort, że jeden tydzień może być naładowany pracą, a drugi nie. Że pracuję tylko na siebie, no i przede wszystkim robię to, co chcę i to, co lubię. Bywa, że jestem super zmęczona, szczególnie w środę wieczorem po wszystkich lekcjach. Staram się wstawać w miarę wcześnie, ale bywa, że wstaję późno z myślą „pracuję do 20:00, czemu mam wstawać o 7”? Aktywny wypoczynek i zajęcia sportowe sprawiają, że szybko się regeneruję. Jestem w social media nawet późno wieczorem, ale odpisanie na posta zajmuje mi chwilę, a zrobione w taki sposób, zamiast wszystko na raz, nie ciąży mi. Jestem ciągle na etapie testów. Nie wiem, jakim projektem zajmę się za kilka miesięcy, mam plany na najbliższe trzy. Nie mogę postanowić jakimi projektami będę się zajmować, bo ciągle testuję nowe możliwości. Niektóre pomysły giną w zalążku, albo trochę później. Okazuje się, że pomysł nie chwyta, nie ma chętnych. Na inne wpadam nagle i chcę rzucić wszystko i się im oddać. Wydaje mi się, że ta sytuacja jeszcze trochę potrwa i ta niepewność co będzie dalej to jedyna rzecz, jaka napawa mnie strachem. Z drugiej strony wiem, że co by nie było, to coś wymyślę.Jakie trudności napotkałaś na drodze? Czy miałaś trudne chwile? Nie napotkałam większych trudności w procesie odchodzenia z pracy na swoje. Być może trochę stresu oszczędziło mi na początku oparcie się o Fundację Rozwoju Przedsiębiorczości zamiast zakładanie DG. Choć każdy rodzaj biurokracji jest na jakimś etapie stresujący. Mam trudne chwile, kiedy okaże się, że palnęłam językowy błąd, kiedy nie ma chętnych na warsztaty, kiedy jakiś pomysł nie załapie, kiedy na stronie coś się wysypie. Na szczęście jeśli chodzi o samą pracę, to dzięki ciągłości projektów i dywersyfikacji źródeł przychodu zawsze jakoś idzie. Jeśli idzie gorzej, to myślę, co zrobić, żeby było lepiej.
Rady dla blogerów „edukacyjnych”
- Żeby dać się poznać i przyciągnąć trzeba najpierw dać bardzo dużo za darmo. Można ten proces przyspieszyć płatną reklamą i super pomysłami
- Kiedy już proponujesz płatne usługi, nadal musisz, z różnych względów, dawać coś za darmo. Uważaj tylko, żeby darmowe projekty nie pochłaniały więcej czasu niż te płatne, a jak już, to niech mają jakiś potencjał: budują dla ciebie listę, można je będzie później sprzedać w innej formie itp.
- Twórz z tego, co masz do dyspozycji, z umiejętnościami, jakie posiadasz dzisiaj. Jeżeli coś jest dobre merytorycznie, to niedociągnięcia techniczne można wybaczyć. Jeśli jakieś rozwiązanie cię przeraża – poszukaj łatwiejszego


