Przychodzę do Was ze zwycięskim tekstem Maksymiliana, który od pierwszych linijek ujął mnie stylem. Dopiero po wynikach dowiedziałam się, że autor prowadzi też bloga Bon Ton Italia! Gratuluję a wszystkich zapraszam do kolejnych konkursów ;-)

1. Sono Rossi

We Włoszech pracuje się rodzinnie. Najlepsze są rodzinne restauracje, trattorie i motele, dobrze ponoć funkcjonują rodzinne przybytki rozkoszy, niczego nie można zarzucić rodzinnym gospodarstwom i plantacjom. Nawet mafia funkcjonuje rodzinnie, co przesądza o jej sprawności i bądź co bądź elitarnym charakterze. Nie inaczej jest z kancelariami adwokackimi, których szyldy nierzadko przedstawiają drzewo genealogiczne rodziny. Dobrze jest przyjść do prawnika, który zajmuje się prawem gospodarczym, kiedy w gabinecie obok jego żona udzieli porad z zakresu prawa karnego skarbowego, a zięć w razie czego zadba o sprawy rozwodowe. To zasada jednego okienka w prawdziwie włoskim wydaniu. Jest przy tym dużo śmiechu i szumu, jak to w domu, do którego nie trzeba przynosić spraw z pracy. Zostają one wyjaśnione na miejscu, zamiecione pod dywan i wyciągnięte dopiero następnego dnia lub po sjeście. Na przeciwko mojej kancelarii mieściło się biuro geodezyjne rodziny noszącej niezmiernie rzadkie nazwisko – Rossi. Pracowali tam rodzice i córka, a z doskoku w sprawach polowych pomagała im także przypominająca matrioszkę babcia. Kiedy przychodziła nie było mowy o przemęczaniu się, pan Rossi obskakiwał ją z uwagą większą niż worek złota, kłaniał się w pas i będąc i tak miłym, stawał się dla klientów słodszy od włoskiego śniadania. Któregoś razu do kancelarii przyszedł elegancko ubrany człowiek, który zsunął kapelusz, ukłonił się i szepnął „sono Rossi” – „jestem Rossi”, na co ja podskoczyłem, wskazałem drzwi przeciwne i będąc przekonanym, że powiedziano „Signor Rossi” z uporem odesłałem klienta do geodetów. Swoją głupotę lub też głuchotę, mogłem sobie tłumaczyć tylko tym, że wszyscy Rossi muszą stanowić jedną, wielką rodzinę, a ja doprowadziłem do nieoczekiwanego spotkania niechybnych kuzynów.

2. Caffe makaroni Odkąd pamiętam mój tata miał obsesję na punkcie porządku. Równo ustawiane książki, buty pod linijkę, przybory na biurku, chodnik przy łóżku, linie proste zaczęły przywodzić mi odruch wymiotny gorszy niż po winie zapitym szklanką oliwy. Odkąd pamiętam, mój tata miał też lęk przed lataniem odrzutowcami. Nie ma to jak silniki śmigłowe – mawia, – a to, to jak kamień w wodę. Dlatego z wakacji w Lido di Jesolo wracaliśmy pociągiem jadącym z Neapolu, przez Turyn, Wiedeń, Pragę. Jakąś pijacką trasą. Kozetka była wygodna. Dwa dwupiętrowe łóżka, stolik i toaleta na zewnątrz. Walizki wsunęliśmy pod łóżka, żeby nie zabierały miejsca. Na stoliku stanęły dwie filiżanki i termos z parzoną, włoską kawą. Rodzice poprosili o jej przelanie, w trącącej wilgocią weneckiej knajpie. Był początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy w Polsce o ekspresie i dobrej kawie można było jedynie pomarzyć. Przynajmniej termos był pierwsza klasa zakupiony w Pewexie wart pół pensji ojca i trzymał ciepło równą dobę. Jazda dłużyła się, mozolny stukot kół usypiał, więc z większości podróży nic nie pamiętam. Obudził mnie gwizdek konduktora i zamieszanie na korytarzu. – Bomba, bomba! krępy Włoch w kolejarskim mundurze otworzył drzwi przedziału. Carabinieri! Nie pamiętam, żeby mówił coś więcej. To znaczy, że więcej nie zrozumiałem.  Kazano nam opuścić pociąg i czekać na dworcu. Był to jeden z tych małych, włoskich dworców w środku totalnego zadupia. Dwie długie ławki, wiata i ciemna noc, równie ciemna jak kawa. Mój tata przez chwilę nerwowo krzątał się przy mnie i mamie, okrywając mnie kocem i paląc papierosa. Wreszcie nie wytrzymał, odwrócił się na pięcie i podszedł do jednego z karabinierów pilnujących wejścia do wagonu. – Panie władzo! – Hm? –  niski  Włoch był  całkiem zaspany i zniesmaczony tym, że w środku nocy wezwano go do cholernej bomby. – Kawa w wagonie! – Hm? – Została! Dziecko spragnione, żona zdenerwowana, muszę po kawę. – Caffè? jedno słowo wystarczyło, żeby rozmawiali płynnie w uniwersalnym języku wzajemnego szacunku i zrozumienia. – Si, si, Makaroni; ojciec wskazywał na wagon.- W przedziale. Karabinier odsunął się, a on bez wahania wbiegł do wagonu. Ewakuowani z pociągu powiedli za nim spojrzeniem i gdyby wtedy była telewizja, na pewno zostałby bohaterem równym sędziom Falcone i Borsellino. Po chwili wrócił z pełnym termosem. Byłem z niego dumny i poczułem ulgę. Bomby, na szczęście, nie było. Pamiętam, że bałem się i czułem przyjemny zapach kawy. Kawa podobno była naprawdę dobra.

Maksymilian Czornyj

Ciao!

Mam na imię Natalia.
Nauczę Cię włoskiego w praktyce i bez cenzury!
Dołącz do mojego newslettera i bądź na bieżąco!
.

obserwuj