Obserwuję sporo wejść na bloga przez hasło „aborcja we Włoszech”. Ale te, które szukały informacji, znalazły tylko mój kobiecy słownik włoski, w którym nadmieniłam tylko, że aborcja we Włoszech jest legalna i darmowa. Okazuję się jednak, że mimo prawnych zapisów sytuacja nie różni się o wiele od tej w Polsce, a i Włochy mają swoich Chazanów.

Zacznijmy od książki, z której czerpię informacje i inspirację: jest to A. La verità, vi prego, sull’aborto włoskiej dziennikarki Chiary Lalli. Jest autorką wielu innych książek na trudne tematy (np. Buoni genitori. Storie di mamme e papà gay) i niezliczonych artykułów, które możecie czytać na jej stronie.  W swojej książce o tytułowej A. (choć po włosku aborcja jest męska: aborto) Lalli traktuje problem z perspektywy bardzo szerokiej, od zwierzeń poszczególnych kobiet po historię walki o legalizację w Ameryce. Jest też oczywiście nakreślenie obrazu w samych Włoszech, czym pragnę się tutaj podzielić.

Głównym problemem z aborcją we Włoszech jest to, że mimo, iż legalna, jest coraz mniej dostępna, i im bardziej na południe kraju, tym gorzej. Gli obiettori di coscienza to ci lekarze, którzy podpisali klauzulę sumienia, a takich ginekologów jest aż do 80% na Sycylii, 83,9% w Kampanii, ponad 85% w Basilicacie i Molise. Równie wysokie są to liczby wśród anestezjologów (książka została wydana w 2013 roku, na mapce dane z 2010).

Obfituje to w długie kolejki do lekarza, nielegalne kliniki i inne, również domowe, niebezpieczne rozwiązania. Nie tylko na południu, bo w 2010 w Vicenzy, czyli całkiem na północy, złapano pana ginekologa, który dokonywał aborcji w swoim mieszkaniu za ogromne pieniądze. Żeby absurdu stało się zadość, nawet ginekolodzy, którzy są na liście obiettori również dali się przyłapać na nielegalnych zabiegach, i to we własnym szpitalu. W 2013 w Padwie zidentyfikowano chińską mafię, która dokonywała nielegalnych aborcji i handlowała środkami aborcyjnymi z przemytu. Doktorzy Ilio i Marcello Spallone zostali skazani na 20 lat więzienia za prowadzenie w Rzymie (Villa Gina) kliniki, gdzie dokonywano masowo aborcji niezgodnych z normami prawnymi, w skandalicznych warunkach (ginekolog bez rękawiczek, o nagim torsie w rzeźniczym fartuchu), wyrządzając krzywdę fizyczną i psychiczną pacjentkom (od złego ich traktowania przez błędy lekarskie, aż po zmuszanie do aborcji). Ich największą zbrodnią było jednak „pozbywanie się” narodzonych (np. po nieudanej aborcji), nawet w ósmym miesiącu, dzieci (źródło które czerpało z innych źródeł).

Internazionale, 21/27 listopada 2014

Dość głośna była sprawa doktora Leandro Aletti, który nie tylko był sądzony o pogwałcenie prywatności, bo nazwał kobiety czekające w kolejce na zabieg zabójczyniami, ale także o poważne narażenie zdrowia jednej ze swoich pacjentek. Pani, u której płodu wykryto poważne zniekształcenia, zdecydowała się na jego usunięcie, była już pod wpływem środków aborcyjnych, kiedy na dyżur wkroczył doktor Aletti wmawiając, że diagnoza została postawiona źle, że dziecku nic nie grozi i przekonał ją, by „cofnąć” podjęte już działania aborcyjne. Zabiegu dokończył inny lekarz, który potwierdził wcześniejszą diagnozę. Na szczęście pacjentce nic poważnego się nie stało, ale można sobie wyobrazić bombę farmakologiczną w jej organizmie i „dyskomfort” psychiczny po pobycie w szpitalu.

To, o czym mówi autorka, czyli o micie traumy poaborcyjnej: Internazionale, 21/27 listopada 2014

W tym wszystkim cmentarze, które mają wyznaczone miejsca dla embrionów i płodów nie są pozytywnie widziane przez feministki ani przez Laiga (Libera Associazione Ginecologi per l’applicazione della legge 194/78), która na swojej stronie, podobnie jak Lalli w swojej książce zauważają, że jest to otwarty sprzeciw wobec obowiązującego prawa i zakładanie, że kobieta po przebytej aborcji musi czuć się źle i mieć wyrzuty sumienia, które może uspokoić organizując pogrzeb (Lalli w swojej książce bardzo często powraca do tego, jak kobieta nie musi się czuć i do stereotypów na ten temat). Cmentarz Laurentino w Rzymie nie stworzył, jak pisze Lalli, nieistniejącej wcześniej możliwości (wg prawa można przecież urządzać pochówek dla płodów), ale raczej wykorzystał ją politycznie, stworzył nową możliwość nadużywania wyrażenia bambini non nati zamiast embrionifeto, prodotti/materiali abortivi: określeń używanych w zapisach prawnych. Po pojawieniu się „giardino degli angeli” dla niektórych placówek, pochowanie płodu staje się obowiązkowe (sic!), czy kobieta tego chce, czy nie, musi zaznaczyć czy zajmie się sama pochówkiem czy woli, by zajął się tym ośrodek zdrowia, a wszystko to w obronie „godności płodu”. Można o tym więcej przeczytać w Corriere della sera.

Legge 194 czyli prawo kobiet do aborcji we Włoszech funkcjonuje od 1978 roku. Tak jak kiedyś Włoszki walczyły, żeby takie prawo mieć, dziś walczą o to, żeby z tego prawa korzystać. Podobno obiettori di coscienza nie są największym problemem, aborcja jest szeroko dostępna, a z nielegalnych praktyk korzystają głównie kobiety z krajów spoza UE, niepełnoletnie i te, u których na legalną aborcję jest już za późno. Taką tezę wygłasza się na katolickim portalu, z którego zresztą zacytowałam wcześniej kilka faktów, a obala ją Chiara Lalli w swojej książce. Nie tylko przytacza statystyki, ale między innymi spędziła dzień czy dwa z lekarką, która dokonuje aborcji w szpitalu i opowiada o prawdziwych problemach, z którymi sama się tam spotkała. Reasumując, Włochy to nie tylko nie jest aborcyjny raj, ale okazuje się, że to kraj nieprzyjazny prawom, które sam ustanowił. Mam nadzieję, że tym artykułem odpowiedziałam na pytanie „jak jest z tą aborcją we Włoszech” tym, którzy pytają o to czasem wujka google ;-)

Ciao!

Mam na imię Natalia.
Nauczę Cię włoskiego w praktyce i bez cenzury!
Dołącz do mojego newslettera i bądź na bieżąco!
.

obserwuj